Ostatnie na forum

Pytania do ...
19
2638
59
redaktorApril 11 2020, 07:58Propozycje forów do dodania

test

Młócenie słomy cepem

Trochę jestem rozczarowany, bo wprawdzie poświęcono naszemu portalowi nieco czasu na ostatniej sesji Rady Gminy, ale jakoś nikt nie wpadł na pomysł i nie wymienił jego nazwy. A przecież pytanie „kiedy w Ośrodku Zdrowia w Nienaszowie lekarze będą przyjmować w tych godzinach, które widnieją na tabliczkach?”, które wisiało w powietrzu niczym przysłowiowa siekiera, zostało postawione przez Obserwator Żmigrodzki. I przez to niedopatrzenie mojego ego ucierpiało… :)

Nie chcąc by powstało całkowicie mylne wrażenie, że stanowiliśmy główny punkt programu sesji, musimy przedstawić parę interesujących rzeczy dotyczących usług stomatologicznych na terenie Gminy, nad którymi radni obradowali przez ponad godzinę. By nasi Czytelnicy mogli w pełni zrozumieć problem, musimy cofnąć się do 2000 roku, gdy decyzją ówczesnej Rady Gminy, usługi stomatologiczne zostały wydzielone ze struktur SPGOZ. Skutkiem tej decyzji jest m. in. to, że kierownik naszej gminnej służby zdrowia nie ma wpływu na to, jaki i czy w ogóle jakikolwiek stomatolog świadczy usługi na terenie Gminy! Ta decyzja sprzed 20 lat, w chwili obecnej powoduje, iż na terenie naszej Gminy (ok. 9,5 tys. mieszkańców) funkcjonują 2 gabinety stomatologiczne: w Ośrodku Zdrowia w Nienaszowie prowadzi Indywidualną Praktykę Stomatologiczną pani Elżbieta Pers a w Nowym Żmigrodzie Gabinet Stomatologiczny Grzegorz Jędro. W porównaniu z ilością mieszkańców nie jest liczba imponująca, co powoduje, że spora część mieszkańców z konieczności korzysta z opieki stomatologicznej poza Gminą. Jeszcze rok temu gabinetów stomatologicznych było 4, ale pani Marzena Gawior przeniosła się do Jasła, a pani Jolanta Senczak, która prowadziła gabinet znajdujący się w Ośrodku Zdrowia w Nowym Żmigrodzie przeszła na na emeryturę i od tego czasu gabinet stoi pusty (z tym gabinetem związany jest problem dotyczący zajmowania mieszkania służbowego, ale w naszej Gminie jest tyle niezależnych mediów, że ten ciekawy temat pozostawiamy innym). Jako, że usługi stomatologiczne są wyłączone z działalności SPGOZ (gratulacje dla Rady Gminy!) to jego kierownika bardziej interesuje przejęcie pomieszczenia, które może wykorzystać na inną działalność medyczną niż znalezienie kolejnego stomatologa. Patrząc na to z punktu widzenia interesów SPGOZ jest to działanie ze wszech miar logiczne. Czy jest też logiczne z punktu widzenia potrzeb mieszkańców to już zupełnie inna sprawa. By jednak radni od razu wiedzieli, co mają myśleć, Wójt przypomniał uchwałę z 2000 roku, dając do zrozumienia, że decyzje RG są niewzruszalne niczym „10 przykazań” i nie podlegają zmianie. I w tym momencie wszelka dyskusja mogła by się skończyć. Wprawdzie radni mogliby zapytać, w jaki sposób Gmina realizuje obowiązek wynikający z przepisów ustawy z 12 kwietnia 2019 roku o opiece zdrowotnej nad uczniami, która to ustawa od 1 września 2019 roku wprowadziła obowiązek zapewnienia uczniom możliwości korzystania z opieki stomatologicznej ale nie bądźmy złośliwi i zbyt dużo nie oczekujmy… Przypomnę tylko, że jeśli w szkole nie ma gabinetu dentystycznego, organ prowadzący ma obowiązek zawrzeć porozumienie z gabinetem zewnętrznym udzielającym świadczeń stomatologicznych dla dzieci, finansowanych ze środków publicznych. Jako, że nie wiem, to może mi ktoś podpowie z kim została zawarta ta umowa? Radni postanowili się jednak skupić na zdrowiu. Jako, że zdrowie to temat rzeka, to można popływać. I tak sobie wszyscy pływali w różnym stylu, aż w końcu przewodniczący Rady chyba uznał, że robi się nudno albo styl mu się przestał podobać i zaproponował by gabinet stomatologiczny w Ośrodku Zdrowia w Nowym Żmigrodzie zlikwidować a radni jednogłośnie to przegłosowali. I problem został rozwiązany! Nie ma gabinetu, nie ma problemu! 😊

 Ale tak naprawdę to zaimponował mi rozpisany na głosy scenariusz dramy w jednym akcie, w którym pan Wójt zadawał pytania kierownikowi SPGOZ. Najlepszy fragment dotyczył nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, dzięki czemu zebrani mogli wysłuchać wstrząsającej relacji o problemach kadrowych związanych z brakiem personelu i błyskotliwie przejść do tego okrutnego pytania, które zadaliśmy w swoim tekście informującym o sesji. Prawie się wzruszyłem, gdy słuchałem o dramatycznym braku personelu, gdy kierownik SPGOZ pełni kilka dyżurów (nawet 5 czy 6 miesięcznie) a potem musi, bo tego wymaga dobro pacjentów, udać się do Ośrodka Zdrowia w Nienaszowie. Dramat wręcz! Prawie niczym Siłaczka czy inny doktor Judym! I to wszystko za skromne 841 zł brutto za dyżur… Napiszę zatem wprost, by była jasność: nie interesuje mnie to, czy pan G. Pers pełni nocne i świąteczne dyżury – to jest jego prywatna sprawa, co robi po godzinach pracy w SPGOZ Nowy Żmigród. Interesuje mnie tylko, jako potencjalnego pacjenta Ośrodka Zdrowia w Nienaszowie, który nie idzie tam dla przyjemności, tylko dlatego, że potrzebuje pomocy lekarza, czy będę musiał czekać 2 godziny, aż pan doktor załatwi swoje inne obowiązki zawodowe oraz społeczne i zacznie pracę za którą mu się płaci. Płaci. Tak to proszę państwa funkcjonuje w tej kapitalistycznej gospodarce. A taką mamy od ponad 30 lat! I przez te lata sporo się zmieniło, zwłaszcza w świadomości ludzi, bo staliśmy się bardziej świadomi swoich praw. Pytanie, czy wszyscy lekarze w naszej Gminie są świadomi swoich obowiązków? Ale w jednym z kierownikiem SPGOZ muszę się zgodzić: faktycznie, 25 lat temu w gminie Nowy Żmigród nikt nawet nie śmiałby zadać pytania, które my postawiliśmy! Bo kto to niby miałby zrobić? A teraz? Nie ma żadnych świętości tylko brutalne prawa rynku: płacę podatki więc wymagam właściwego traktowania ze strony tych, którzy z tych podatków są wynagradzani.

Jako, że prawie zawsze pisząc jakiś krytyczny tekst staramy się przedstawiać rozwiązania, to sądzę – by nie było potem zarzutów o brak „rzetelności dziennikarskiej” - aby wzorem innych firm wprowadzić w placówkach SPGOZ Nowy Żmigród rejestratory czasu pracy obowiązujące wszystkich pracowników. Rozwiązanie banalnie proste, które można sfinansować z nadwyżki, którą SPGOZ odnotował. I później, w przypadku jakichś zarzutów będzie można do wiadomości publicznej przedstawić wydruk i wszyscy będą wiedzieć, kto mija się z prawdą… 😊

Drugą, interesującą sprawą było zatwierdzenie regulaminu Funduszu Zdrowotnego dla nauczycieli do którego mieliśmy parę uwag. Ten punkt porządku obrad został wycofany na wniosek radnego Piotra Kudłatego, przewodniczącego Komisji Oświaty Rady Gminy. Nie zdumiał mnie wniosek ale jego uzasadnienie, bo czegoś tak kuriozalnego w czasie sesji Rady Gminy jeszcze nie słyszałem! Już tłumaczę o co chodzi… Zgodnie z obowiązującymi w Polsce, więc też w gminie Nowy Żmigród przepisami, projekt regulaminu Funduszu Zdrowotnego wymaga konsultacji z reprezentatywnymi związkami zawodowymi (art. 19 ustawy o związkach zawodowych). Związek zawodowy ma co najmniej 30 dni (może być skrócony w ważnych przypadkach do 21 dni) na przedstawienie swojego stanowiska. W §10 projektu Regulaminu, którzy radni otrzymali znajduje się zapis „Regulamin został zaopiniowany przez związkowe organizacje związkowe” (serio tak pisze), co oznacza, że cała procedura konsultacji została przeprowadzona. A teraz pan radny Piotr Kudłaty składa wniosek o zdjęcie projektu z porządku obrad, gdyż (uwaga!) „zdaniem nadzoru prawnego jest on zbyt rozbudowany”! Czyli wygląda to tak: amatorzy (to naprawdę w tym przypadku komplement!) napisali sobie jakiś projekt, skonsultowali ze związkami zawodowymi, a następnie przekazali do radcy prawnego, by sprawdził ich dzieło. Teraz nasi gminni „legislatorzy” poczekają aż radca prawny naniesie stosowne poprawki, znowu prześlą projekt do związków zawodowych i ponownie przedstawią projekt pod obrady Rady Gminy. Na przyszłość sugerowałbym, by zanim komuś znowu coś wyślecie do konsultacji, wcześniej to sprawdził radca prawny. Będzie mniejszy obciach.

Potem jeszcze radni przyjęli parę uchwał, Wójt podyskutował z radnym Mateuszem Smyką o TIR-ach przejeżdżających przez Nowy Żmigród i przewodniczący Rady Gminy zakończył sesję.

SP_READ_MORE

Żmigrodzcy dominikanie

Klasztor położony na pograniczu, do którego trafiali mnisi niepokorni. Hazard, a nawet kradzież Najświętszego Sakramentu z kościoła farnego – historia klasztoru dominikanów w Nowym Żmigrodzie miała różne oblicza…

Nowy Żmigród już w pierwszej połowie XIV wieku był osiedlem znaczącym, gdzie krzyżowały się drogi we wszystkich kierunkach średniowiecznego państwa polskiego. Położenie na pograniczu dawało możliwość duszpasterstwa zarówno wśród miejscowej ludności, jak również pracy misjonarskiej, tym bardziej, że Żmigród był ostatnią na tym terenie miejscowością o znacznym procencie ludności polskiej. Być może tymi względami kierował się prowincjał dominikanów, który zwrócił się z prośbą do papieża Jana XXII o zgodę na założenie klasztoru braci kaznodziejów. Papież Jan XXII w bulli z 1 marca 1331 roku wyraźnie określił cele zamierzonego klasztoru: sito quasi in finibus diocesis Cracoviensis versus scismaticorum Ruthenorum metas et confinia, qui post dictam diocesim Cracoviensem immediate succedunt, Tanta Fideliom inhabitat multitudo de fide nostra catholica faciendam. Konwent ten poświęcony saluti fidelium animarum (zbawieniu dusz) miał liczyć 12 zakonników, mieć własny kościół z dzwonami oraz innymi budowlami. Zgodnie z bullą papieską, podstawą utrzymania żmigrodzkiego konwentu miała być jałmużna, co, jak okazało się w praktyce, było nadmiernie optymistycznym oczekiwaniem. Nowy Żmigród był wówczas małą osadą, niezdolną z własnych ofiar utrzymywać wspólnotę klasztorną, zwłaszcza, że już przynajmniej od początku XIV wieku posiadał własny kościół parafialny. Nie jest znana data ostatecznego osiedlenia się dominikanów w Nowym Żmigrodzie. Jan Długosz podaje tylko, że był to ósmy klasztor dominikanów w diecezji krakowskiej, co wskazuje na brak dokumentów, które by mogły umożliwić odtworzenie pierwotnych dziejów tego klasztoru. Różne źródła (m.in. „Encyklopedia staropolska” czy „Rys dziejów zakonu kaznodziejskiego w Polsce”) sugerują, że dominikanie osiedlili się w Żmigrodzie ok. 1412 roku i wiążą to z rodziną Stadnickich, która jednak wtedy związków ze Żmigrodem jeszcze nie miała. Z kolei „Starożytności polskie” sugerują, że klasztor został wybudowany przez Stadnickich w 1506 roku. Wystawiony 26 maja 1603 roku przez Andrzeja Stadnickiego dokument refundacyjny dla dominikanów żmigrodzkich nadmienia, że konwent powstał dzięki rodzinie Stadnickich, co wskazuje na to, że już wtedy klasztor nie posiadał pierwotnego dokumentu fundacyjnego i wszystko opierało się na tradycji.

Dominikanie w Żmigrodzie należąc do prowincji krakowskiej byli związani z konwentem Świętej Trójcy w Krakowie, który starał się wspierać wszelkimi środkami ubogi klasztor. Trudności związane z utrzymaniem placówki musiały być jednak poważne, gdyż kapituła prowincjonalna w Płocku w 1558 roku omawiając sprawę konwentu w Nowym Żmigrodzie, stwierdziła, że został on opuszczony przez zakonników. Reaktywacja klasztoru musiała jednak nastąpić dość szybko, gdyż w 1583 roku kapituła prowincjonalna w Sandomierzu wspomniała o nim jako o noviter restaurandi (odnowiony) i mianowała przeorem o. Marcina Pakosza z Bochni dodając mu do pomocy brata Jacka, dotychczasowego członka konwentu krakowskiego. Restauracja opuszczonego klasztoru musiała zatem nastąpić przed 1583 rokiem, na co wskazuje fakt, iż kapituła przeznaczyła tylko jednego zakonnika, co świadczy o tym, że klasztor był już uformowany.

Wskrzeszenie opuszczonego konwentu nastąpiło dzięki Andrzejowi Stadnickiemu, właścicielowi Żmigrodu, który najpierw umożliwił konwentowi w 1597 roku kupno folwarku u niejakiego Andrzeja Chrostka, a w następnym roku podarował zakonowi łan gruntu. Także jemu zawdzięczali dominikanie plac w mieście w pobliżu muru, przy bramie węgierskiej, wraz z sadem i drewnianym domem, który prawdopodobnie z powodu zniszczenia starego klasztoru stał się domem mieszkalnym dla zakonników. Andrzej Stadnicki chcąc zabezpieczyć na przyszłość byt materialny konwentu zapisał mu ziemię położoną za szpitalem, w pobliżu majątku Adama i Andrzeja Chrostków. Nadał też zakonnikom ¼ łana pola, które uprawiał dotychczas Grzegorz Krawiec. Oprócz wymienionych darowizn, dziedzic N. Żmigrodu zapisał dominikanom 30 florenów czynszu zabezpieczonych na dobrach w Radoszynie Ruskiej oraz nadał im 2 swoich poddanych. Szczodry darczyńca dokonując swoich zapisów zastrzegł, że nowożmigrodzki konwent ma być zarządzany przez prowincjała prowincji polskiej; w przypadku zaniedbania tego obowiązku lub wprowadzenia do konwentu zakonników z innej prowincji, opiekę nad klasztorem miał przejąć konwent Świętej Trójcy w Krakowie, jako swoją filię. W zamian za wyświadczone żmigrodzkiemu konwentowi dobrodziejstwa, Andrzej Stadnicki zobowiązał tutejszych zakonników po wieczne czasy do odprawiania jednej mszy św. w rocznicę jego śmierci. Prowincja swoją wdzięczność dla rodziny Stadnickich wyraziła w uchwalonych za nią sufragiach na kapitule prowincjalnej w Poznaniu w 1603 i w Przemyślu w 1609 roku zaliczając fundatorów do grona dobrodziejów zakonu i nakazując modlitwy w ich intencjach. Kapituła w Przemyślu podkreśliła szczególnie zasługi wobec dominikanów Zofii z Sienna Stadnickiej określając ją mianem insigni benefactrice nostra. W XVIII w. do dobrodziejów klasztoru w Żmigrodzie należała rodzina Wiśniowieckich, szczególnie książę Jan Michał z żoną i dziećmi. Wszystkie te darowizny nie należały do wielkich, które mogły zasadniczo zmienić materialne położenie konwentu. O tym, że był to nadal klasztor ubogi świadczy skromna kontrybucja 3 florenów nałożona na rzecz prowincji na kapitule w Lublinie w 1611 roku. Konwent nie miał szczęścia do liczniejszych i zamożniejszych fundatorów, o czym świadczy wykaz przesłanych do urzędu prowincjalskiego z którego wynika, ze klasztor był zobowiązany tygodniowo tylko do 7 mszy św. fundacyjnych. W takich warunkach zespół klasztorny, w stosunku do pierwotnych założeń musiał ulec ograniczeniu i zasadniczo liczył w XVII wieku 5–7 zakonników i najczęściej 4 osoby służby.

W swoich zasadniczych elementach życie zakonne nie odbiegało od obserwancji zakonnych w innych konwentach prowincji. Ograniczona liczba zakonników poza podstawowymi obowiązkami wspólnego odmawiania godzin kanonicznych, rozmyślania i wspólnej mszy św. konwenckiej, nie była w stanie w większych rozmiarach rozwinąć liturgii. Mimo jednak małej liczby braci w klasztorze – zgodnie ze zwyczajami dominikańskimi – była prowadzona szkoła teologiczna, której istnienie potwierdzają źródła. W 1512 roku kapituła prowincjalna w Bochni wyznaczyła konwentowi przeora, który jednocześnie miał pełnić obowiązki kursora w szkole klasztornej a w 1713 roku kapituła zebrana w Dzikowie zwróciła się do generała zakonu z petycją o nadanie przeorowi w N. Żmigrodzie o. lektorowi Cyprianowi Pełczyńskiemu stopnia bakałarza teologii, co świadczy o jego związkach z nauczaniem tej dyscypliny.

Przestrzeganie reguły zakonnej było dość regularnie kontrolowane przez wizytacje kanoniczne odbywane przez prowincjałów lub jego delegatów, którymi byli najczęściej wikariuszami prowincji krakowskiej do której klasztor w Żmigrodzie należał do 1711 roku. W tym bowiem roku kapituła prowincjalna w Brześciu Litewskim ustanowiła nową prowincję przemyską do której przeniosła klasztor w Żmigrodzie, co nie było korzystne, gdyż przynależność do prowincji krakowskiej dawała nie tylko mocna oparcie personalne, ale też materialne. Kraków, szczególnie dla młodych zakonników, był zawsze centrum formacyjnym w porównaniu do Przemyśla.

Żmigrodzki klasztor, mimo skromnej obsady personalnej, nie był wolny od zakonników trudnych, często ściganych przez swoich przełożonych za naganne postępowanie. Kapituła prowincjalna w Łowiczu w 1514 roku napiętnowała brata Grzegorza, kwestarza konwentu nowożmigrodzkiego za to, że w czasie swoich wędrówek zatrzymywał się w karczmach i grał w kości – za to ciężkie naruszenie zakonnej dyscypliny został skazany na osiem dni surowej pokuty i usunięty ze żmigrodzkiego klasztoru. Inne wydarzenie było związane z bratem Jakubem, profesem lwowskim, który, prawdopodobnie za jakieś wykroczenie, został przeniesiony do klasztoru w Żmigrodzie, gdzie wykorzystując okazję ukradł złożoną klasztorowi ofiarę i uciekł na Ruś, gdzie prze dwa lata prowadził życie włóczęgi. Kapituła w Piotrkowie w 1524 roku skazała go na rok więzienia. Wydaje się, że żmigrodzki klasztor, położony na uboczu, dość często było obsadzany zakonnikami niesfornymi, którymi nie można było się posłużyć w większych ośrodkach.

Stosunki konwentu z miejscową parafią także nie układały się najlepiej. Istniała wzajemna niechęć, a już szczególnym tego przejawem było wykradzenie w 1745 roku przez o. Ignacego Gomulickiego Najświętszego Sakramentu z kościoła farnego przed procesją Bożego Ciała. Z pewnością to niezwykle gorszące zdarzenie nie przysporzyło zakonnikom przyjaciół.

Mimo jednak różnorakich trudności, klasztor prowadził ożywioną działalność duszpasterską i misjonarską o czym przekonują nas akta kapituł z XVII i XVIII wieku, które wyznaczały do tego konwentu kaznodziejów generalnych na których w Żmigrodzie było zapotrzebowanie. Kapituła w Lublinie w 1607 roku asygnowała do Żmigrodu brata Bernarda, który miał wspomóc miejscowego przeora w głoszeniu kazań. Przy kościele istniało bractwo różańcowe prowadzone przez specjalnie wyznaczonego zakonnika, które posiadało swój ołtarz i chorągiew.

Zachowały się dwa inwentarze klasztoru; jeden z 1605 r. spisany przez przeora o. Emanuela Czechowicza i drugi z 1607 r. sporządzony przez przeora o. Bernarda Janczewskiego. Żaden z inwentarzy nie określa usytuowania kościoła; wiemy tylko, że był on murowany i położony na terenie zwanym później „Małym Rynkiem”, ok. 500 metrów od kościoła farnego. Inwentarze jednak dość szczegółowo opisują wyposażenie kościoła, który był pw. Najświętszej Maryi Panny, której stary obraz znajdował się w głównym ołtarzu. Uroczystość odpustowa kościół obchodził 2 lipca, a rocznica poświęcenia przypadała w pierwszą niedzielę po Narodzeniu Najświętszej Maryi Panny. Jak jednak wynika z obu inwentarzy, kościół był skromnie wyposażony i oprócz głównego ołtarza posiadał dwa boczne z których jeden był poświęcony – zgodnie z dominikańskimi zwyczajami – Matce Boskiej Różańcowej (był miejscem tradycyjnych nabożeństw bractwa różańcowego, które miało tam swój sztandar) a drugi (znajdujący się po lewej stronie kościoła) był poświęcony świętym męczennikom Kosmie i Damianowi. Oba boczne ołtarze były drewniane, o wysokości dwóch metrów i nie odznaczały się większymi walorami artystycznymi. Pod sklepieniem kościoła w tzw. tęczy znajdował się krucyfiks. Szczyt świątyni wieńczyła sygnaturka z dwoma małymi dzwonami, a w wieży wisiał jeden duży dzwon. Wyposażenie kościoła też było bardzo skromne.

Konwent był położony przy murach miejskich; był to drewniany, jednopiętrowy budynek, wzniesiony na miejscu pierwotnego klasztoru, który prawdopodobnie spłonął (być może w czasie wielkiego pożaru, który miał miejsce w Nowym Żmigrodzie w 1522 roku). Budynek nie miał wielu pomieszczeń. Na parterze był refektarz, infirmeria i dwa gościnne pokoje. Na górze znajdowało się osiem cel na mieszkania dla zakonników. Tam też mieszkał przeor konwentu. Klasztor posiadał ponadto westiarnię, kuchnię, piekarnię i bibliotekę (księgozbiór liczył 49 pozycji). Podstawą utrzymania klasztoru był majątek konwentualny na który składała się stodoła, obora, sprzęt domowy i zwierzęta hodowlane. Klasztor posiadał także sad składający się z jabłoni, grusz i śliw.

Wiadomości o przeorach żmigrodzkiego klasztoru zachowały się dopiero z początku XVI wieku. W 1501 roku kapituła prowincjalna w Cieszynie odwołała nieznanego z imienia przeora w N. Żmigrodzie, a na jego miejsce mianowała brata Mikołaja Radeszkę. W XVI wieku często przełożonymi tego konwentu byli zakonnicy wywodzący się z klasztoru Świętej Trójcy w Krakowie lub z konwentu z Bochni. Jako, że klasztor w Żmigrodzie był placówką z pełnymi prawami zakonnymi, zasadniczo przysługiwał tamtej społeczności wybór przeora, który był następnie zatwierdzany przez prowincjała ze swoją radą. Lista (niekompletna!) przeorów przedstawia się następująco:

o. Mikołaj – 1470 r.

o. Mikołaj Radeszka – 1501 r.

o. Jan Gdakała – 1519 r.

o. Szymon Boguski – 1551 r.

o. Fortunat z konwentu krakowskiego – 1552 r.

o. Serwacy z konwentu krakowskiego – 1552 r.

o. Marcin Pakosz – 1583 r.

o. Grzegorz – 1597 r.

o. Florian Radwański – 1598 r.

o. Maciej z Żywca – 1599 r.

o. Krzysztof – 1603 r.

o. Emanuel Czechowski – 1605 r.

o. Bernard Janczewski – 1607 r.

o. Stanisław Radomyski – 1615 r.

o. Feliks Permus – 1615 r.

o. Antoni Sumara, kaznodzieja generalny – 1623 r.

o. Stanisław Radomyski – 1647 r.

o. Jacek Winogrodzki – 1648 r.

o. Fabian Lawenda – 1650 r.

o. Trojecki – 1655 r.

o. Jerzy Zaleski – 1662 r.

o. Andrzej Niemianowski – 1665 r.

o. Gabriel Szaszewski, kaznodzieja generalny – 1673 r.

o. Bartłomiej Miedziechowski – 1684 r.

o. Ambroży Szczebocki, kaznodzieja generalny – 1691 r.

o. Stanisław Brzozowski – 1691 r.

o. Paweł Stokowski, kaznodzieja generalny – 1695 r.

o. Cyprian Pełczyński – 1711 r.

o. Cyprian Lebczyński – 1714 r.

o. Joachim Wieczkowicz – 1714 r.

o. prez. Karol Piasecki – 1725 r.

o. prez. Pius Solari (?) – 1721 r.

o. lektor Kandyd Kraus – 1726 r.

o. Alan Mach, kaznodzieja generalny – 1743 r.

o. prez. Hieronim Szytmański – 1752 r.

o. lektor Jacek Balicki – 1758 r.

Z szeregu przeorów wybijał się swoją indywidualnością i wykształceniem o. Alan Mach, wybitny kompozytor ksiąg liturgicznych dla wielu klasztorów.

Likwidację klasztoru przeprowadzono w 1788 roku, jako jeden z elementów tzw. reform józefińskich. Budynki klasztoru przejęło państwo, przez pewien czas mieścił się tam sąd powiatowy, później budynek został rozebrany. Kościół pozbawiony systematycznej opieki uległ z czasem dewastacji i też został rozebrany. Nie zachował się też żaden ślad po zakonnym cmentarzu, który znajdował się przy kościele. Niewiele ocalało z dominikańskich sprzętów liturgicznych, a te, które przetrwały znajdują się w żmigrodzkim kościele parafialnym.

 

SP_READ_MORE

Szkodliwy mit Konstytucji 3 Maja

Bywają mity pewnych faktów historycznych i bywają mity ludzi, i tak jak brązowić i odbrązawiać można ludzi, tak również można ubrązawiać i odbrązawiać pewne fakty historyczne. Jednym z takich mitów jest Konstytucja 3 Maja. Adam Doboszyński (1904 – 1949) był politykiem endeckim i pisarzem, członkiem Stronnictwa Narodowego, zamordowanym w 1949 roku przez komunistów. Poniżej prezentujemy obszerne fragmenty Jego odczytu na temat Konstytucji 3 Maja, który wygłosił 24 maja 1939 roku.

 

Przez lat 150 z Sejmu Czteroletniego i z Konstytucji 3-go Maja tworzono pewien symbol. Cel był podwójny: Jeden był cel, który przyświecał ludziom dobrej woli, aby naród w swej walce o niepodległość miał siłę motoryczną, która by zagrzewała serca i wyobraźnię. Drugi był cel jeszcze wyraźniejszy, cel masoński. Sejm Czteroletni i Konstytucja 3-go Maja to typowe osiągnięcia masonerii, to nie tylko tryumf masonerii jako takiej, ale tryumf ducha masońskiego i metod masońskich w życiu polskim. Jest rzeczą jasną, iż masoneria, która rządzi Polską od lat dwustu, była zainteresowana w tym, by ten mit podsycać — i jest nadal zainteresowana. I ostrzegam Państwa przed wszelkimi próbami, czynionymi już od lat wielu, podważenia, podrywania i ośmieszenia wszelkich usiłowań, dążących do rzucenia światła na kulisy 3-go Maja. Powtarzam jeszcze raz: jest w Polsce dużo ludzi, którzy w dobrej wierze starają się ten mit galwanizować i utrzymywać. Ale mit ten stał się zupełnie wyraźnie określoną bronią i jednym z narzędzi masonerii dla utrzymania jej wpływów w Polsce. W tym sensie mit ten jest narzędziem bieżącej polityki i narzędzie to musi być z rąk masonerii wytrącone. Mówi się o szarganiu świętości, o symbolach, mówi się o autorytetach.

Każdy wielki człowiek ma swoje małe strony, ma swoje śmieszności, miał w życiu chwile, których się wstydzi, ma swoje zakamarki, do których nierad zagląda. Problem wygląda w ten sposób: czy te ujemne momenty, w życiu wielkiego człowieka nieuniknione, czy te ujemne strony równoważą jego zasługi, które w opinii polskiej zostały ubrązowane? Innymi słowy, czy zasługi Mickiewicza, o których wie każdy dwunastoletni czy czternastoletni Polak, czy te zasługi nikną w porównaniu z pewnymi ujemnymi cechami charakteru czy epizodami życia? Weźmy postać Sobieskiego. Sobieski w umyśle ogółu Polaków jest postacią rycerską, symbolizującą rolę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Sobieski to jest wielki wódz, to jest nieustraszony rycerz, to jest wielki katolik. I pamiętamy wszyscy niedawno wydaną książkę, oświetlającą życie zakulisowe, oświetlającą od tyłu życie Sobieskiego. Książka ta napsuła bardzo dużo krwi. I znowu wyłania się pytanie: czy pewne ciekawostki z życia Sobieskiego, które mogą rzucić na niego światło nieprzychylne, podrywają kontury postaci Sobieskiego, jakie się wyryły w mózgach i przede wszystkim w sercu każdego Polaka? Mam wrażenie, że nie podrywają. Tak samo, jeżeli chodzi o rewelacje o Mickiewiczu mam wrażenie, że nie podrywają bynajmniej zasadniczego obrazu tego najgenialniejszego moim zdaniem człowieka, którego wydały dzieje Polski.

Problem brązowienia czy odbrązawiania łączy się więc ściśle z problemem narastania pewnych świętości, pewnych autorytetów w życiu narodu. I może ustalimy tutaj pewne zasady: możemy powiedzieć, że jeżeli pewne mity osnuły się dokoła wielkich postaci i zdarzeń historycznych, jeżeli jakiś mit mający wielkie walory jest w ogólnych zarysach prawdziwy, wówczas mamy prawo żądać, by zbyt natarczywie nie szukano dziur na całym, by zbyt natarczywie nie zaglądano za kulisy ludzi i wypadków. Ale bywają wypadki, kiedy mity są w swym ogólnym zrębie nieprawdziwe, jak to jest z mitem 3-go Maja. Uważam, że skoro badania historyczne doprowadzają do wniosku, iż dany mit w ogólnym swoim zarysie jest nieprawdziwy, to nie jest celowe i nie jest wskazane ten mit brązowić, przeciwnie należy dążyć do prawdy historycznej.

I tu uprzytomniłem sobie dwa rodzaje zarzutów, które wysuwają przeciwnicy burzenia mitu 3-go Maja. Jeden zarzut klasyczny, znany wszystkim, o którym wie każda służąca i każdy dorożkarz, tj. zarzut szargania świętości: święto 3-go Maja to święto narodowe. Nie wolno tego tykać. Zarzut ten łączy się w bardzo ciekawy sposób z tak żywą w ostatnich czasach dyskusją na temat brązowienia i odbrązawiania wielkich ludzi i wielkich zdarzeń. Bywają mity pewnych faktów historycznych i bywają mity ludzi, i tak jak brązowić i odbrązawiać można ludzi, tak również można ubrązawiać i odbrązawiać pewne fakty historyczne. Weźmy na przykład mit Unii Lubelskiej, mit również działający potężnie na umysły i wyobraźnię. Nie trudno byłoby przypuszczam ten mit w takiej czy innej formie odbrązować i wiem, iż w tym kierunku przedsiębrane są próby. Można by zbadać, jak to było w Lublinie, można by spróbować ten fakt historyczny umniejszyć, odbrązować, ośmieszyć. Czytałem niedawno książkę, która wprowadza za kulisy wyprawy wiedeńskiej. Ale jeżeli chodzi o kwestię ubrązowania pewnych faktów historycznych, to zdaje mi się, że sprawa 3-go Maja stanowi tutaj wypadek zupełnie klasyczny. Naród stoi dziś wobec dylematu, czy dalej brązować akt 3-go Maja, czy puścić snop światła i starać się wykryć prawdę, prawdę historyczną, tyczącą się Sejmu Czteroletniego, w szczególności aktu 3-go Maja.

Jest jeszcze druga strona tego medalu. Chodzi o rzecz bardzo dziś modną w psychologii i to zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej: o kwestię kompleksu niższości: Pytanie wygląda tak: czy należy w narodzie, który cierpi chronicznie od lat 200 na kompleks niższości, ten kompleks niższości pogłębiać przez dewaluowanie pewnych zdarzeń, które przywykliśmy uważać za zdarzenia wielkiej miary w życiu narodu? Czy nie jest niezręczna taktycznie chęć, by ten wspaniały zryw patriotyczny, tę wspaniałą reformę, którą zwykliśmy wielbić, nagle detronizować? Czy nie dojdzie wówczas naród do tego wniosku, iż skoro nawet tak wzniosły fakt okazuje się w rezultacie faktem ujemnym, i skoro największe nasze zrywy, że tak powiem, państwowo-twórcze, zostały w ciągu ostatnich dwustu lat inicjowane i wyreżyserowane przez ręce obce, ręce przynajmniej obojętne, jeżeli nie wrogie — czy uświadomienie sobie przez naród takiego faktu nie pogłębi w nim tej rozterki duchowej, w której naród polski od dwustu lat się znajduje? Czy w chwili, kiedy prężymy się do skoku, w chwili skupienia wszystkich sił psychicznych, moralnych i intelektualnych, tego rodzaju podważanie pewnych wszczepianych w umysły Polaków pojęć nie jest rzeczą po prostu karygodną? Wiem, iż wychodząc z tej sali będziecie się Państwo w rozmowach swoich nad tym zastanawiali, czy jest rzeczą dobrą czy złą, że ten temat dziś poruszam? Jestem przekonany, że zdania na ten temat będą rozbieżne. Jednak chcę stwierdzić, że zdaję sobie sprawę z tego, iż te próby odbrązawiania aktu 3-go Maja mogą tylko wówczas być usprawiedliwione, jeśli potrafi się wykazać, że ten mit w życiu narodu stał się szkodliwy. I to jest celem dzisiejszego odczytu.

Jestem najgłębiej przekonany, iż mit 3-go Maja, mit tego masowego zrywu, którym naród polski zadokumentował jakoby przed światem swoją wolę do samoistnego bytu i swą umiejętność stworzenia nowych form życia państwowego, stał się dziś szkodliwy. Uważam, iż w miejsce tego mitu powinna przyjść prawda. Dlaczego?

Przyznam się, iż już dość dawno, może od lat dwudziestu, nie rozumiem w pełni ludzi, którzy mówią, że to jest takie niesłychanie krzepiące dla naszej świadomości narodowej poczucie, iż na dwa lata przed upadkiem zdobyliśmy się na tak wspaniały zryw. Przyznam się, że to rozumowanie nie trafia mi do przekonania. Gdybym wiedział, że Polska upadła w chwili największej depresji, największego wyczerpania sił twórczych, gdybym miał przekonanie, że Polska upadła dlatego, bo wszyscy wielcy ludzie w narodzie byli zgnici, bo Polska nie miała ani ludzi ofiarnych, ani dobrej woli, to wówczas można by powiedzieć, że była to rzecz nieunikniona: Polska musiała upaść. Ale ta myśl, iż znalazło się wielu ludzi światłych, ofiarnych, że znalazła się elita, grono wybrane, które zdobyło się: na to, by naród wprowadzić na drogę świetlanego rozwoju i że naród zdobył się nawet na rzecz, wiekopomną, którą zaimponował całemu światu, a w półtora roku później Polska upadła i to upadła w sposób haniebny, nie bójmy się tego wyrazu — kampania Poniatowskiego i Kościuszki, którzy mieli bronić Konstytucji 3-go Maja, miała przebieg niesłychanie żałosny; król i Kołłątaj w haniebny sposób zgłaszają swój akces do Targowicy — ta myśl o niechlubnym końcu niepodległego bytu Polski jest potworna.

Odpowiada się na to: zrehabilitowało nas powstanie Kościuszki. Powstaniem Kościuszki Polska jakoby zadokumentowała, iż broni nie tylko swojej niepodległości, ale i idei wyrażonych w Konstytucji 3-go Maja. Czy to twierdzenie jest aby słuszne? Dla mnie cały problem naszych powstań łączy się psychologicznie ściśle z problemem Konstytucji 3-go Maja. Wielbię i podziwiam twórców, inicjatorów i wykonawców naszych powstań, uczestników powstania Kościuszki, uczestników Legionów, uczestników powstania w r. 1830, uczestników powstania w r. 1863, uchylam czoła również przed krwią ofiarnie przelaną w r. 1905, nie kwestionuję faktu, że z najtragiczniejszych nawet klęsk naród wyciągał duże korzyści moralne, krzepiące go do dalszej walki, ale te wszystkie zdarzenia historyczne pogłębiają we mnie jeszcze ten kompleks niższości. Ja mówię sobie: jeżeli tylokrotnie najlepsi członkowie naszego narodu, najbardziej ofiarni, najbardziej bohaterscy zdobywali się na walkę o niepodległość — tyle razy z takim poświęceniem, z taką ofiarą, i jeżeli zawsze ta rzecz paliła na panewce, jeżeli nasze powstania nie dały nam niepodległości, mimo iż niekiedy byliśmy od tej niepodległości bardzo niedaleko, to mam wrażenie, że brązowanie tych wszystkich mitów jest niecelowe. I jest celowe i pożądane oświetlenie, dlaczego wysiłki najlepszych synów narodu polskiego na przestrzeni 150 lat prowadziły z reguły do przegranej. Uważam, że jeżeli się da to oświetlenie, i jeżeli w mózgi ogółu Polaków wrazi się myśl, iż był jakiś powód konkretny, wyraźny, dla którego wysiłki najlepszych synów narodu przez 150 lat nie doprowadziły do zwycięstwa, uważam, że jeżeli się myśl taka w umysłach ogółu Polaków wryje, to wówczas nasz kompleks niższości nie tylko się nie pogłębi, ale przeciwnie zniknie: poczujemy się na siłach do stawiania czoła niebezpieczeństwom, gdy będziemy wiedzieli, czego unikać, by zamiast tryumfu wszelkie nasze wysiłki nie kończyły się tragicznie.

Spośród Polaków najbardziej wpływowym działaczem był w epoce Sejmu Czteroletniego ks. Kołłątaj. Obok Kołłątaja znamy wiele nazwisk myślicieli, publicystów, działaczy politycznych i społecznych, widzimy imponującą plejadę ludzi dążących do naprawy Rzeczypospolitej. I utarło się u nas mniemanie, że Konstytucja 3-go Maja, że cały dorobek Sejmu Czteroletniego, to był przewrót, to był przełom w duchowym życiu Polski. Uczono nas, że po dwustu latach nierządu dopiero w latach 1788/92 skierowano wreszcie nawę Rzeczypospolitej na tory odrodzenia i odrzucono to wszystko, co w Polsce było zgniłym i rozszarpano wreszcie te węzły ustrojowe, które przeszkadzały narodowi w duchowym renesansie. W moim przekonaniu mniemanie to jest błędne. Nasze oficjalne dziejopisarstwo waha się z zajęciem stanowiska na ten temat. Mógłbym się jednak powołać na profesora Uniwersytetu Poznańskiego Skałkowskiego, który rzucił tę myśl — myśl, którą podchwytuję i która moim zdaniem powinna się stać w Polsce własnością szerokiego ogółu, myśl, że okres, w którym Polska weszła na drogę przełomowych reform, to był okres wcześniejszy o ćwierć wieku od Konstytucji 3-go Maja, okres reform Czartoryskich w latach 1764 — 1768!

Ponieważ rzecz tę uważam za niezmiernie ważną, więc pozwolę sobie trochę szerzej na ten temat tutaj pomówić. Musimy sięgnąć do czasów saskich, do czasów najgłębszego upadku. Polska jest wówczas ciężko chora. Trawi ją od stu lat gorączka złotej wolności, choruje na demokratyzm, zanik władzy i autorytetu, choruje na nieodłączny od liberalnej demokracji pacyfizm, który zabija w narodzie cechy rycerskie i naród towarzyszów pancernych przemienia w naród hreczkosiejów. Choruje Polska na materializm — ciężkie niedomaganie, prowadzące do rozhartowania charakterów i do zaniku cnót obywatelskich. Prawda, że w tych ciężkich czasach zacieśniają się więzy, łączące polskość z katolicyzmem. Ale nie jest to już, niestety, katolicyzm Oleśnickich i Hozjuszów, a tym bardziej nie jest to surowy i zdobywczy katolicyzm średniowiecza, wiara gorąca jak płomień, w której ogniu przetapiają się przywary osobiste i niesprawiedliwości społeczne. Katolicyzm XVIII wieku jest chory. I to jest jednym z powodów, dla których tak ciężko chora była w XVIII wieku i Polska. Skończyła się już ofensywa kontrreformacji; podgryzany racjonalizmem, w rozbracie ze schodzącą na manowce wiedzą, podminowany masonerią, zagnieżdżającą się nawet w szeregach duchowieństwa, Kościół katolicki wchodzi w XVIII wieku w okres słabości, z którego zaczyna się tryumfalnie dźwigać dopiero w naszych czasach. Nawiasem mówiąc, w chwili, gdy katolicyzm tryumfalnie się dźwiga, dźwiga się również i Polska.

Osłabiony w XVIII wieku katolicyzm nie mógł się stać dźwignią, która by dopomogła Rzpltej do podniesienia się z upadku. Pijana tradycjami dawnej świetności, pijana rozpasaniem demokracji szlacheckiej, pijana małmazją i węgrzynem, Rzeczpospolita staje się bezwładna i bezbronna. Dokoła warują uzbrojeni po zęby i żarłoczni sąsiedzi. Jeszcze 6 lat dziesiątków hamuje króla pruskiego Rosja, licząc na to, że cała Polska stanie się jej łupem.

W wyczerpanym organizmie Polski zagnieżdżają się bakcyle masońskie. Masonem jest nie tylko August II, nie tylko bigot August III, ale stanie się nim również Stanisław Poniatowski. Pierwszy ślad istnienia masonerii w Polsce spotykamy pod datą 1729. Im dalej w wiek XVIII, tym większy w Polsce zasięg wpływów masońskich.

Ale epoka saska nie jest tylko epoką upadku i marazmu. Zawsze tak bywa, że gdy naród osiągnie dno upadku, wówczas widzimy już narastające siły, które mają, o ile naród nie jest przeznaczony na zagładę, wyprowadzić go z powrotem na drogę wielkości. W upadku saskim budzi się w narodzie polskim świadomość klęski i potrzeba odrodzenia. Dwu braci Czartoryskich, Michał i August, organizują stronnictwo zwane „familią”, stronnictwo, które niewątpliwie wypływa z ducha narodu polskiego, stronnictwo, które nie szukało inspiracji z zewnątrz, które co prawda szukało nieraz pomocy na zewnątrz kraju, które pod koniec swojej działalności sprzymierzyło się nawet z Rosją, ale które było wyrazem ducha i potrzeb narodu. Obok Czartoryskich wysuwają się na czoło w tym stronnictwie kanclerz Zamoyski i ks. Konarski. Idee ich krążą po kraju, zastępy ich zwolenników są zwarte i liczne. I wreszcie przychodzi chwila pomyślna, w której Czartoryscy mogą przystąpić do wykonania swoich reform. August III umiera, Stanisław August Poniatowski, siostrzeniec Czartoryskich, zostaje królem. I wówczas to na sejmie r. 1764 Czartoryscy przystępują do reform zdaniem moim głębszych, dalej sięgających niż reformy, których dokonał Sejm Czteroletni. Przede wszystkim do reform przemyślanych, do reform dojrzałych. Reformy Czartoryskich są dojrzałe, przeprowadzane ręką mistrzowską. Nie będę się tutaj wdawał w szczegółową historię. Muszę stwierdzić, iż w najważniejszych dla życia polskiego sprawach, a więc w sprawie mieszczańskiej, w sprawie żydowskiej i w sprawie ustroju — Czartoryscy rzucili podwaliny pod odrodzenie Polski.

Weźmy kwestię Żydów, tak chętnie przemilczaną przez naszych historyków. Czartoryscy przeprowadzili w r. 1764 na sejmie rozwiązanie sejmu żydowskiego, tzw. sejmu czterech prowincji, który od lat 150 rządził żydostwem w Polsce. Trzeba pamiętać, iż w latach minionych większość sejmów polskich zerwano za poduszczeniem Żydów. Czartoryscy położyli kres rozwojowi żydowskiej potęgi: rozwiązali sejm żydowski, skasowali automatyczną nobilitację chrzczonych Żydów, nałożyli na Żydów pogłówne. Wreszcie w r. 1768 wyszedł dekret, który mógł był rozwiązać problem żydowski: wydano nakaz zawierania przez Żydów paktu z każdym miastem polskim, przy czym jeżeli miasto paktu nie zawrze, to Żydom nie wolno działać i mieszkać w danym mieście. Jak widzimy, problem żydowski wszedł w reformach Czartoryskich na drogę radykalnego załatwienia.

To samo, jeśli chodzi o sprawę mieszczan. Nie będę się wdawał w szczegóły. Muszę stwierdzić tylko, że renesans miast polskich datuje się już od reform lat 1764 — 68. Sejm Czteroletni przychodzi do gotowego, zastaje miasta zregenerowane a jednak dopuszcza przedstawicieli miast do Sejmu tylko z głosem doradczym. Można powiedzieć, iż Sejm Czteroletni na punkcie mieszczan, ich prerogatyw okazał się o wiele mniej śmiałym i odważnym niż książęta Czartoryscy, pomimo, iż za czasów Sejmu Czteroletniego przewodnicy mieszczaństwa polskiego zorganizowali się w masonerii i dzięki temu mogli liczyć na większe uwzględnienie swoich dezyderatów. Jeżeli chodzi o kwestię chłopów, to w r. 1767 uchwalił sejm karę śmierci na szlachcica, zabijającego chłopa. Jest to bodaj od czasów Kazimierza Wielkiego pierwsza ustawa na korzyść chłopa w Polsce, ustawa, która bierze chłopa pod opiekę prawa, która daje mu prawa ludzkie. Należy stwierdzić, iż Sejm Czteroletni, w szczególności Konstytucja 3-go Maja nie zrobiły dla chłopa nic.

Wreszcie kwestia ustroju. Liberum veto jak rak toczyło Polskę do stu lat. Należy stwierdzić rzecz bezwarunkową i w naszej historii dziwnie mało podkreślaną, iż właśnie Czartoryskim zawdzięcza Polska faktyczne zniesienie liberum veto. Na sejmie elekcyjnym w r. 1764 Czartoryscy przeforsowali, iż wszystkie następne sejmy będą nadal odbywały się pod węzłem konfederacji! Ustrój polski wymagał, jak wiadomo, do uchwał sejmowych jednomyślności, ale przewidywał instytucję konfederacji. Gdy naród polski był w niebezpieczeństwie, kiedy groziła mu katastrofa, wówczas zawiązywał konfederację, a w tej konfederacji obowiązywała zwykła większość głosów. Z reguły stawało się to z chwilą śmierci króla. Sejmy tzw. konwokacyjne, a następnie elekcyjne odbywały się od czasów Zygmunta Augusta pod węzłem konfederacji, tzn. decydowała większość głosów. Czartoryscy przeprowadzili swą reformę ustroju w sposób klasyczny, usuwając zło, a pozostając w ramach tradycyjnego ustroju Rzeplitej. Zwalczyli liberum veto w ten sposób, że na przyszłość wszystkie sejmy miały się odbywać pod węzłem konfederacji, tym samym na przyszłość wszystkie sejmy miały rozstrzygać większością głosów.

Gdyby ta reforma się była utrzymała, wówczas konstytucja polska, ustrój Polski, byłby w 95% raz na zawsze uzdrowiony. Niestety, wróg czuwał. Katarzyna zorientowała się poniewczasie do czego dążą Czartoryscy i zażądała wycofania głównych reform, a w szczególności zażądała rozwiązania konfederacji. I tutaj następuje tragedia, jedna z najgłębszych tragedii naszych dziejów, tragedia, do której opisania nie wziął się do tej pory żaden pisarz, nie znalazł się dramaturg, który by ją wniósł na deski teatralne. Tragedia, z której płynie dla nas bardzo głęboka nauka. Obaj Czartoryscy, starcy liczący już wówczas grubo powyżej 60 lat, ludzie krwi jagiellońskiej, fortun ogromnych, przyzwyczajeni od lat kilkudziesięciu do rzucania swego głosu na szalę wszystkich wydarzeń w Polsce, ludzie, za którymi szła większość patriotów polskich, ludzie, którzy dla przeprowadzenia w Polsce reform nie wahali się posłużyć Rosją wbrew własnym interesom Rosji, wielcy politycy, którzy własnymi rękoma położyli zrąb swoich reform, którzy wprowadzili Polskę na drogę wiodącą do odrodzenia, — natknąwszy się na sprzeciw Katarzyny załamali się i ustąpili. Tragedia tym większa, iż król Stanisław August, człowiek słabego charakteru, wiotki jak trzcina, człowiek, o którym historycy wydają jak najbardziej ujemny sąd, jednak zdecydował się na otwarty konflikt z Katarzyną i wydał odpowiednie rozkazy wojsku. Niestety Czartoryscy ustąpili i przyjęli gwarancję Katarzyny. Są to rzeczy zbyt mało znane i dlatego uważałem za mój obowiązek szeroko Państwu tu o nich opowiedzieć, gdyż płynie z nich pierwsza przestroga, jaką musimy wynieść z tych bolesnych czasów, przestroga jakże aktualna dla dzisiejszej epoki. Okazuje się, iż nie wystarczy jasny pogląd na potrzeby kraju, bo tego Czartoryskim nie brakowało. Nie wystarczą dobre Chęci, nie wystarczy zapał i patriotyzm — potrzeba hartu. Ludzie, stojący na czele narodu, muszą być twardzi i nieustępliwi, bohaterscy i ofiarni, nie zdemoralizowani posługiwaniem się zagranicznymi ideami i zagranicznym oparciem. Kierownicy narodu muszą mieć charaktery hartowne! Tylko wówczas naród może być pewny dobrej przyszłości, jeżeli ma to przekonanie, iż ludzie kierujący nim są hartowni jak stal!

Na gwarancję Rosji, która najbardziej ślepym z Polaków otworzyła wreszcie oczy na dokonaną już faktycznie utratę niepodległości, odpowiedział naród konfederacją barską. Zapamiętajmy to sobie dobrze: Bar to ostatni niezależny zryw narodu aż po nowożytny, obecny ruch narodowy. Ostatni. 

Podkreślam jeszcze raz to, o czym mówiłem na początku mego odczytu, iż uchylam jak każdy Polak czoło przed bohaterstwem i ofiarnością ludzi, którzy do bojów o niepodległość Polski w tylu heroicznych zrywach powstawali, ale stwierdzam, iż ostatnim zrywem podyktowanym duchem czysto polskim, nie skażonym obcymi ideami, a w szczególności ideami masońskimi, iż ostatnim czysto narodowym zrywem aż po czasy nowoczesnego ruchu narodowego, to był Bar. Wszystko, co się dziać będzie z Polską między epoką księdza Marka Karmelity a czasami Romana Dmowskiego, to poczynania wyrosłe z ideologii obcej duchowi polskiemu po części, i z inspiracji obcej, choćby te poczynania były jak najbardziej ofiarne i bohaterskie. Polska była heroiczna, ale inspiracja, ale sposób myślenia, ale duch był obcy. Bar to po nasze czasy ostatni samodzielny poryw ducha narodowego, poryw tak trudny do rozgryzienia dla masońskich historiografów, bo irracjonalny, nie usiłujący realizować jakiegoś programu, ale samozachowawczy, poczęty z najgłębszego ducha duszy polskiej, chcącej bronić swej swoistości, swej najgłębszej narodowej więzi psychicznej i swej wiary przed brutalnym dotykiem łap azjatyckiego najeźdźcy.

I może dlatego że walka ta szła nie o materialną stronę życia, ale o jego treść najgłębszą, zrozumieli do gruntu u nas epokę barską jak dotąd tylko poeci. Nie mogę czytać bez wzruszenia pieśni konfederatów, przypominających raczej hymny religijne niż piosenki bojowe. Iluż poetów natchnęła promienna postać księdza Marka! Czasy te tak silny rzucają urok, że nie znam dziś nawet historyka, który by potrafił ustosunkować się do nich z beznamiętnym obiektywizmem. Jeśli kiedy, to niewątpliwie wówczas mogła Polska nagłym zrywem nawrócić na drogę, wiodącą do naprawy i zachowania niepodległości bytu. Nie 3-go Maja, bo wówczas Polska nie była już sobą, duch narodu był skażony. Nie 3-go Maja, nie w czasie Sejmu Czteroletniego, lecz w czasie Baru mieliśmy ostatnią szansę ratunku. Czytając te dzieje widzi się to, czuje przez skórę. Przecież ówczesna Polska to jeszcze po obu stronach barykady ludzie myślący naprawdę narodowymi kategoriami: z jednej strony obóz Czartoryskich, którzy wzięli na swe barki ciężki trud wyprowadzenia z błota ugrzęźniętego wozu Rzeczypospolitej, z drugiej strony Pułascy, Krasiński, ludzie dążący, choć może chwilami po omacku, do tego samego celu. Niech się te dwa zwaśnione obozy ze sobą pogodzą, niech dojdzie rzeczywiście do zjednoczenia narodu na platformie wspólnej walki z Rosją, a zwycięstwo wydaje się niewątpliwe. Kilkakrotnie w ciągu tych długich czterech lat bojów konfederackich zjednoczenie to wydaje się tak bliskie, że tylko rękę wyciągnąć: Zjednoczenie wydaje się być kwestią miesięcy czy tygodni. Niestety, wówczas jak i dziś, wróg czuwa. Na podstawie najnowszych badań nie wolno nam wątpić, że to masońskie intrygi, konszachty i zabiegi udaremniły zgodę między kanfederatami a obozem króla i Czartoryskich. Badania Kazimierza Mariana Morawskiego wykazały, iż dwukrotnie w czteroletnich dziejach konfederacji barskiej zdawało się już dochodzić do zjednoczenia narodu, do zjednoczenia króla i Czartoryskich z Barem. W trzecim roku istnienia konfederacji przyjeżdża z Paryża płk. Dumouriez, delegowany przez rząd francuski na politycznego doradcę i wodza konfederacji. Płk. Dumouriez dostaje oficjalne polecenie doprowadzenia do zgody między królem a konfederacją. Przyjeżdża do Polski, i nagle z jego wpływu Generalność konfederacji ogłasza detronizację króla. Grom z jasnego nieba, niszczący w zarodku wszelkie możliwości porozumienia. Przez półtora wieku fakt ten był niezrozumiały. Obecnie Kazimierz Marian Morawski wyjaśnił, że poza oficjalnym ministerstwem spraw zagranicznych działał w Paryżu jeszcze tzw. „sekret królewski” Ludwika XV, instytucja obsadzona przez masonów. Ten „sekret królewski” wydał Dumouriez’owi polecenie doprowadzenia do detronizacji Stanisława Augusta, tym samym do śmiertelnego skłócenia narodu polskiego.

Widzimy więc tutaj rękę masonerii, łapiemy ją in flagranti, widzimy jak niechętnie patrzała na wszystko, co zmierzało do zjednoczenia. A chęć do zjednoczenia się u Polaków była tak silna, że w rok później i konfederaci mimo dawniejszej urazy wydają się dochodzić ponownie do zgody i porozumienia. I tu znów pada grom: tajemnicze i nieudane porwanie króla Stanisława Augusta przez konfederatów. Kazimierz Marian Morawski twierdzi, że i tu działała inicjatywa masońska. Ten drugi epizod nie jest może tak dalece wyświetlony jak pierwszy z „sekretem królewskim”, mamy jednak uzasadnione wątpliwości, czy i tutaj nie była w grze ręka masońska.

Przypatrzmy się czteroletnim dziejom konfederacji barskiej, które każdy z Państwa studiował w szkole. Przypominamy sobie, że przedstawiają się one chaotycznie, jakoś dziwnie bezplanowo. Dla mnie dzieje konfederacji barskiej stanowią analogię do dziejów powstania 1830-31 r. Nie znam bardziej tragicznej i niepokojącej lekcji, jak dzieje powstania w 1830-31 r. To samo jest z konfederacją barską: jakiś chaos, jakaś tragiczna bezplanowość. Ludzie energiczni skądinąd i zdecydowani nagle zamieniają się w kunktatorów. Co chwila przestaje się: rozumieć, o co chodzi, przestaje się rozumieć te wszystkie zwłoki, nie rozumie się dlaczego ludzie mądrzy robią rzeczy głupie, dlaczego ludzie porządni robią rzeczy podłe. Słyszałem niedawno zdanie — wydaje mi się — słuszne: jeżeli się widzi, że ktoś mądry robi rzeczy rażąco głupie, ktoś porządny robi jakieś świństwo, to wtedy można na pewno przypuszczać, iż tym kimś kieruje loża czy konspiracja. Pamiętając o tej zasadzie zrozumiemy dzieje konfederacji barskiej i dzieje powstania 1831 r. Te rzeczy, których się uczymy w szkole, to jest jakby zewnętrzna fasada!  

Jeśli chodzi o konfederację barską, to niewątpliwie był to zryw powstały z najgłębszych pokładów ducha narodu. Cóż kiedy wśród bohaterskich i szlachetnych ludzi zaczęła działać szeroko intryga masońska. Wielu masonów znajduje teren działania w konfederacji barskiej: obok licznych Polaków, spotykamy tam jubilera Poncet, Francuza, następnie Heykinga, Niemca, inicjatora loży „Cnotliwy Wędrowiec”, w Preszowie, wywierającej decydujący wpływ na Generalność konfederacji. Niewątpliwie zdarzają się tarcia i między ludźmi ofiarnymi i ideowymi, ale masońska intryga działając konsekwentnie przez 4 lata toczących się bojów spaczyła przebieg i ducha konfederacji.

Stąd wynika dla nas przestroga druga, zasadnicza, niesłychanie aktualna. Naród polski wciśnięty pomiędzy dwu potężnych sąsiadów dążył do zjednoczenia, dążył widomymi wysiłkami swoich najlepszych synów. Ale nic z tego nie wyszło, bo nie umiano się ustrzec tych ciemnych rąk, które zrywały nić zjednoczenia z chwilą, gdy zaczynała się nawiązywać. Więc przestroga druga, niesłychanie aktualna nauka z dziejów XVIII stulecia: jeżeli chcemy, by naród polski w obliczu niebezpieczeństwa się zjednoczył, patrzmy bacznie, komu powierzamy dzieło tego zjednoczenia.

Po Barze nastąpił pierwszy rozbiór, ale gorzej jeszcze niż rozbiór, bo katastrofa ducha narodu. Od r. 1772 aż po dojrzenie nowoczesnego ruchu narodowego w ostatnich latach, przypomina naród polski ciało bez ducha. Upadek konfederacji barskiej to koniec na wiek cały idei narodowej, idei samodzielnej drogi polskiego narodu. Naród wpada w stan zupełnej prostracji, w stan wyjałowienia psychiki narodu z elementów rodzimych. W powstałą po wywiezieniu na Sybir konfederatów i po usunięciu się Czartoryskich próżnię wciśnie się teraz duch masoński. Droga dla niego wolna. On to opanuje niepodzielnie serca i umysły Polaków. Najlepsi synowie Polski stają się teraz masonami. Nie da się tego zaprzeczyć, jest to faktem stwierdzonym, iż przez 150 lat od pierwszego rozbioru wszyscy najlepsi synowie narodu polskiego byli masonami. I masoni próbują ten argument obrócić na swoją korzyść. Argument ten jednak nie jest na korzyść masonerii, bo możemy stwierdzić, iż te czasy, kiedy najlepsi synowie narodu polskiego wyznawali ideały masońskie; były najtragiczniejszą epoką w tysiącletnich dziejach Polski. To jest fakt. Jeżeli chcemy, aby naród polski rozwinął skrzydła do lotu, by wzbił się na drogi wiodące ku wielkości, to musimy zerwać z tym, co kaziło duszę narodu przez 150 lat, musimy w miejsce idei masońskiej wziąć ideę narodową. 

Po Barze staje się rzecz tragiczna: nie tylko starsi, dojrzali mężowie tracą ducha narodowego, ale dzieje się rzecz szczególnie groźna dla przyszłości narodu: jego młode pokolenia zaczynają chować się w duchu obcym, a nawet wrogim wszystkiemu, co długie wieki zwykły uważać za istotę polskości.

Weźmy Komisję Edukacji Narodowej. Pozwolę sobie zatrzymać się przez chwilę nad tą instytucją. Głoszono nam, że dopiero od tej chwili, kiedy zaczęliśmy czerpać wzory od encyklopedystów masońskich, kiedy duchem Woltera i Rousseau zaczęliśmy przepajać wychowanie młodzieży, zaczął się renesans Rzpltej. Niestety widzimy, iż renesans ten był tragiczny. Dlatego pozwolę sobie zacytować sąd Adama Mickiewicza o Komisji Edukacji Narodowej, wypowiedziany w Wykładach o literaturze słowiańskiej: „Ale cała ta popiętrowana budowa oświaty (Komisja Edukacyjna) czyli instrukcji publicznej, nie miała podstawy w żadnej prawdzie moralnej, w żadnym, dogmacie ogólnym. Nasprowadzano z zagranicy dzieł, które miały służyć za elementarne. Książki te, pisane przez filozofów encyklopedystów, znajdowały się w dziwnej sprzeczności z wychowaniem religijnym, zostawionym jeszcze w rękach duchowieństwa. Logika umiejętności ścisłe i wszystko, czego uczono w szkołach, było już wykładane podług widoków materializmu. Podrzędne zbiory historii, wyciągane z dzieł, cudzoziemskich republikanów, wpajały maksymy, tchnące nienawiścią przeciw monarchii, a obok tego starano się wystawiać uczniom dziedziczną władzę królestwa jako jedyny środek zbawienia Rzeczypospolitej”.

Dziwna to była nauka. Z jednej strony starano się najmłodsze pokolenie polskie przerabiać w szkole na republikanów, z drugiej strony mówiono, iż tylko dziedziczna monarchia może uczynić Polskę silną; z jednej strony kazano młodzieży być gorliwymi katolikami, z drugiej strony przepajano ją duchem racjonalizmu. Czytając monografię Collegium Nobilium widzimy, iż księża pijarzy w pocie czoła tłumaczą wszystkie tragedie Woltera i każą je odgrywać wychowankom. Patrząc na to oczyma dzisiejszego człowieka ma się wrażenie jakiejś aberacji. Nic dziwnego, że oba pokolenia wychowane w takiej szkole (to jest pokolenie Sejmu 4-letniego i pokolenie powstania 1830 r.) to ludzie zupełnie zdezorientowani, pozbawieni busoli intelektualnej i moralnej, ludzie, którzy własnymi rękami wbrew swym najlepszym chęciom grzebali własną Ojczyznę.

I tutaj nasuwa się znów przestroga, płynąca z tych czasów, przestroga, by wychowywać młodzież, która ma w przyszłości ująć w swe ręce los narodu, z dala od wpływów obcego ducha. Przypomnijmy sobie dzieje wychowania w Polsce w ciągu ostatnich lat dziesięciu. Jeżeli Komisja Edukacji Narodowej łączyła się z nazwiskami takimi, jak ks. Kołłątaja, ks. Piramowicza, jak Czackiego, Ignacego Potockiego i innych, to reforma wychowania ostatnich lat dziesięciu łączy się z nazwiskami ks. Żongołłowicza i braci Jędrzejewiczów. Uważam, iż przestrogi płynące z głębi naszych dziejów są niezwykle aktualne. Uważam, iż rozpamiętywanie żałosnej historii pokolenia, które wyszło ze szkół Komisji Edukacji Narodowej, powinno nas nakłonić do walki o to, by wychowanie w dzisiejszej Polsce przepojone było ideami i duchem narodowym.

Dochodzimy z powrotem do Konstytucji 3-go Maja. Konstytucję tę stworzyło — jak wiemy — pokolenie wychowane w duchu masońskim, ludzie ujęci w karby konspiracji masońskiej, kierowani przez masońskich przybłędów, którzy robią przymierze z królem pruskim nie tyle w przeświadczeniu, iż król pruski jest rzeczywiście przyjacielem Polski, ale dlatego, iż król pruski był masonem i że obowiązuje ich solidarność masońska. Fryderyk II, zwany Wielkim, był jak wiemy, jednym z najwyższych członków zakonu Iluminatów; masoni całego świata byli do jego dyspozycji. Nic dziwnego, że masoni polscy byli również do jego dyspozycji.

Próbowano operować argumentem, że po stronie zwolenników Rosji znaleźli się również masoni. Zjawisko to normalne. Masoneria dąży zawsze do rozszczepienia swoich sił, do rzucenia swoich ludzi na obie strony barykady. Jest jednak faktem dowiedzionym, że w chwili, kiedy rozstrzygnęły się losy narodu polskiego, to co było w narodzie polskim najlepszego sprzymierzyło się z królem pruskim. To Polskę musiało prostą drogą doprowadzić do katastrofy. Na szczęście nie ma tutaj analogii z dzisiejszymi czasami, gdyż Polska na 5 minut przed dwunastą zawróciła z drogi, na której doszłaby ponownie do katastrofy rozbioru.

Konstytucja 3-go Maja uczy nas jeszcze czegoś innego. W jaki sposób doszło do uchwalenia tej konstytucji? Rzeczy te są ogólnie znane. Wszyscy już wiemy o tym, że Konstytucja 3-go Maja została uchwalona przez zaskoczenie. Konspiracja była ścisła, reżyseria była staranna. Obrano datę 3-go maja jako leżącą tuż po świętach Wielkiej nocy, korzystając z tego, iż większość posłów była poza Warszawą; ucieknięto się do oszustwa, fabrykując z pełną świadomością ich nieprawdziwości depesze zagraniczne, mające wpływać na wahających się posłów i nakłonić niezdecydowanych do uchwalenia reform. Zaniedbano przeprowadzić głębszej agitacji w kraju, w szczególności zlekceważono wolę bardzo wyraźną narodu, wyrażoną w sejmikach, tam gdzie chodziło o kwestię dziedziczenia tronu. Bezpośrednio przed Konstytucją 3-go Maja zwrócono się do sejmików z propozycją przyjęcia tronu dziedzicznego i wyboru następcy po Stanisławie Auguście za jego życia. Sejmiki odrzuciły dziedziczność tronu, lecz zgodziły się na wybór vivente rege jego następcy. Był to niesłychany wyłom w polskiej tradycji konstytucyjnej, również może wielkiej wagi, jak swego czasu rozciągnięcie konfederacji na wszystkie sejmy. Sejm Czteroletni, zamiast na tym poprzestać, uchwalił wbrew wyraźnej woli narodu tron dziedziczny. Gdy się patrzy dziś na te posunięcia, na uchwałę o dziedziczności tronu wbrew woli sejmików i wbrew woli dynastii saskiej, na uchwałę o 100.000 wojsku, co do której było jasną rzeczą dla wszystkich polityków, iż w ówczesnych warunkach polskich zrealizować się nie da, gdy widzi się jak podstępnymi metodami narzucono narodowi te reformy, dochodzi się do wniosku, że przywódcy Sejmu Czteroletniego albo działali niesłychanie lekkomyślnie, albo popychały nimi jakieś ręce, które ryzykując te wszystkie karkołomne posunięcia dążyły nie do naprawy Rzeczypospolitej, ale do jej ponownego rozbioru, do tej ostatecznej zguby. To, że ludzie mądrzy robili źle, że ludzie stateczni robili lekkomyślnie, bo przecież reżyseria Sejmu Czteroletniego, będąca w rękach ludzi mądrych, była niesłychanie lekkomyślna, budzi podejrzenie, iż działały tutaj siły, którym zależało na zgubie Rzeczypospolitej. I rzeczywiście zguba ta nadeszła rychlej niż się spodziewano. Polska zginęła. Ginąc zostawiła nam nauki, przestrogi.

Jeżeli mówimy dziś otwarcie o tym, jak te rzeczy działy się na Sejmie Czteroletnim, jak powstała Konstytucja 3-go Maja, to mówimy o tym dlatego, by wykorzystać te nauki, aby nie popaść z powrotem w dawne błędy. Jest to rzecz bolesna, jest to rozdrapywanie ran, które wolelibyśmy widzieć zabliźnione, ale jest to zabieg konieczny. Roman Dmowski w słynnym ustępie, zaczynającym się od słów: „Jestem Polakiem”, wyjętym z książki pod tytułem: „Myśli nowoczesnego Polaka” — pisał: „Jestem Polakiem — to znaczy, że należę do narodu polskiego na całym jego obszarze i przez cały czas jego istnienia…; to znaczy, że czuję swą ścisłą łączność z całą Polską: z dzisiejszą…; z przeszłą — z tą, która przed tysiącleciem dźwignęła się dopiero…; i z tą, która w połowie przebytej drogi dziejowej rozpościerała się szeroko…; i z tą, która później staczała się ku upadkowi, grzęzła w cywilizacyjnym zastoju, gotując sobie rozkład sił narodowych i zagładę państwa… Wszystko, co polskie, jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne”. Jesteśmy dziedzicami i spadkobiercami nie tylko Grunwaldów, nie tylko Kircholmów, Kłuszynów, Chocimów, Wiedniów, ale jesteśmy również spadkobiercami ponurych chwil upadku, chwil poniżenia. Nie możemy się od nich oddzielić. Jesteśmy ich spadkobiercami, ale jesteśmy spadkobiercami nie tylko hańby, ale i nauki, która płynie z tych czasów.

Nauka, która płynie z Sejmu Czteroletniego jest następująca: Naród nie może być oddany pod zależność ani obcych podszeptów, ani rozkazów, ani nie może być uzależniony od obcego ducha. Naród musi wytyczyć swoją własną drogę i tylko po niej może dążyć do wielkości. Ta nauka, choć może bolesna, jest nauką krzepiącą. Trzeba z tych przeżyć narodu polskiego umieć wyciągnąć należyte wnioski i odnieść z tego korzyści wielkie, korzyści szczególnie aktualne w dzisiejszej epoce. Stoimy bowiem w przededniu wielkich wypadków, w obliczu zawieruchy dziejowej, na początku wielkiego dramatu dziejowego, właśnie zaczynającego się rozgrywać, dramatu, o którym wiadomo, jak się zaczyna, ale nie wiadomo, jak się skończy. Naród polski przypomina w tej chwili okręt miotany burzą wśród mroków, okręt, który chcąc utrzymać właściwy kurs, musi mieć pewnych sterników i niezawodną busolę. Busolą tą, która nas przeprowadzi przez burze i zawieruchy dziejowe, może być tylko idea narodowa.

 Jeżeli ludzie, którzy starali się uratować Polskę w epoce Sejmu Czteroletniego, doprowadzili ją do zguby i upadku, to dlatego, że nie potrafili zrealizować dwóch podstawowych rzeczy w życiu narodu: nie potrafili zorganizować armii i nie potrafili wytworzyć idei narodowej. My jesteśmy dziś w tym szczęśliwym położeniu, że mamy obie te rzeczy, których brak było naszym przodkom. Mamy silną armię i mamy ideę narodową. I dlatego w chwili, gdy zaczyna się dramat dziejowy, naród polski mając armię i mając ideę narodową może być przekonany, że ten dramat nie zakończy się dla niego tragicznie, jak się zakończył tragicznie dramat 3-go Maja, ale dramat, który zaczynamy przeżywać, zakończy się finałem zwycięskim! 

 {jcomments on}

 

 

 

SP_READ_MORE

Żmigrodzkie love story

Ona, Jadwiga Orzęcka była młoda i piękna; on, Mikołaj Stadnicki był stary i bogaty. Był jeszcze ten trzeci: Maciej Męciński, młody i odważny. Jak się skończył ów miłosny trójkąt w czasach odległych?

Mikołaj Stadnicki, pan na Żmigrodzie, Polanach, itd., nie był już młody, gdy się 25 kwietnia 1650 roku żenił ze swoją powinowatą Jadwigą Orzęcką, córką Doroty z Urbanowic Stadnickiej. Był jednak tak zachwycony swoją młodą żoną, że ją wywianował na 15 000 złp, a matka za to, że ładną Jadwigę wydawała za bogacza w wieku podeszłym, nawet nakład weselny poniesiony – tysiąc złotych – zapisała sobie na owym wianie córki, co zostało potwierdzone stosownymi zapisami dokonanymi w sanockim grodzie (Sanok, Księga grodzka 186, str. 2166) .

Młoda pani Jadwiga upojona radością, że została panią na Żmigrodzie z Kasztelem i Łysą Górą, na Polanach, Ropiance, Wilszni, Olchowcu, Ciechani, Żydowskim i Rozdzielu – zapomniała o sercu własnym. Wmawiała sobie, że kocha męża, mimo, że stary, gdyż on taki dla niej dobry i tak niezmiernie ją kocha. I istotnie pan Mikołaj kochał swoją młodą, piękną Jadwisię! Oka z niej nie spuścił, bo jakby w tęczę patrzył na to kwiecie ludzkości rumiane, o czarnych oczach dużych, błyszczących niczym węgiel. Ten uśmiech rozkoszny, igrający bezustannie a mimowolnie na małych ustach i odsłaniający czasami błyszczące drobne ząbki. I twarz okolona bujnymi lokami czarnych włosów. A do tego postać wiotka i smukła. I głos ujmujący za serce, choć często zdradliwy i nieszczery.

Nie użyczył jednak Bóg potomstwa młodej pani Jadwidze, a krew gorejąca domagała się praw swoich. W ciągu roku niespełna posmutniała, pobladła a uśmiech rozkoszny zamienił się w prześliczny, porywający uśmiech boleści łagodnej. Cierpiała nad sieroctwem serca własnego, poznała, że z mężem swym nie może być szczęśliwa. Poznał to i pan Mikołaj i jeszcze bardziej się poczuł upadłym na siłach zdając sobie sprawę, że młodość i siły już nie wrócą. I czyniąc sobie wyrzuty z tego, że ją unieszczęśliwił, chcąc ją otuchą napełnić, pojechał do grodu sanockiego i sprawił jej posagu i wiana na 15 tys. złp a zarazem uczynił zapis majątku swego całego żonie swej na przeżycie. Matka Jadwigi cieszyła się niezmiernie z przywiązania zięcia do córki i z zapewnienia jej przyszłości. Nie wzbudziło to jednak zachwytu innych, zwłaszcza sióstr pana Mikołaja. Pan Mikołaj mieszkał w Polanach, wsi górskiej już u stóp Bieszczad leżącej, który już od dawna był siedzibą zbójców a młoda pani Stadnicka już na początku swego tam pobytu miała sposobność naocznie zaglądnąć w życie tych ludzi. Już bowiem kilka dni po jej przybyciu w 1650 roku przywieziono do dworu podejrzanego o rozbój Hrycia Szczerbę a za chwilę przyszła Ilkowa, młoda sołtyska z Ciechani, upaść do nóg młodej dziedziczce, przywitać i wylać żal serca, że ją zbójcy napadają, że ją pobili i trudno im wytrzymać w Beskidzie. Szczególnie narzekała na jednego z wargą szczerbatą… Pani Stadnicka z politowaniem słuchała żalów sołtyski, a słysząc o wardze szczerbatej, przypomniała sobie, że więzień ma takową. Zaprowadziła sołtyskę do drzwi więzienia gdzie przez szparę zerkając sprawdziła ona tożsamość osoby i w oczy mówiła mu, że ją łupił i pobił. Pani Jadwiga wielce się zajęła losem sołtyski biednej, zwłaszcza słysząc, że to żona najwierniejszego sługi, który przez 15 lat był hajdukiem pana Stadnickiego i że jest ona matka prześlicznego synka. Jej litość nieco tylko zmniejszyły zeznania Szczerby, który zeznał, że Ilkowa była kochanką słynącego z urody zbója Haraszczaka poległego w czasie napadu na Jangród… Mówiono, że zastrzelił go młody Maciej Męciński. Pani Jadwiga chętna była poznać syna Ilkowej i ciekawą wielce owego Macieja Męcińskiego, tak młodego a tak dzielnego. Gdy szlachta ruszała w 1651 roku pod Beresteczko miała okazję przypatrzeć się mu do woli. Ruszył tam także pan Mikołaj, a pan Maciej ulegając namowom matki i braci pozostał w domu. Żartem prosił go nawet pan Mikołaj, by nie tylko bronił swej matki, ale też żony swojej, co młodzian uroczyście przyrzekł.

Gdy powrócili z wojennej wyprawy, pan Mikołaj aczkolwiek wiekiem starszy, wielce poważał młodych panów Męcińskich, jako dzielnych towarzyszy broni. Maciej też zyskał sobie jego przyjaźń, bo i on okazał odwagę i chęć do przelewania krwi, gdy lud podgórski głosem Kostki Napierskiego podburzony, gromadnie jął opuszczać siedziby, odgrażając się szlachcie i ruszając pod wodzą zbójów na Beskid, a potem do Czorsztyna. Sam pan Mikołaj jak wyruszył na wyprawę wojenną niedomagający, tak i wrócił wątły na siłach, w domu zaś przy młodej żonie, zamiast wyzdrowieć, jeszcze bardziej podupadł na zdrowiu. Niedomagając zaś coraz bardziej stawał się opryskliwym i porywczym, a potem coraz bardziej przykrym dla tej, którą kochał nad życie. Znosiła to długo aż w końcu wybuchła płaczem i narzekaniem. On zaś był jeszcze uparty i nie chciał ustąpić. Chciał przełamać słabość swoją, idąc na opór z uczuciem własnym. Dokuczał jej jak to mówią „do żywego”. Długo to znosiła aż w końcu zebrała całą swoja odwagę i powiedziała: Czy to jest ta miłość, którą jej przysięgał? Czy sądzi, że za pieniądze kupił ją do niewoli? Poczym odeszła i nie przychodziła, chyba, ze za potrzebą jaką. Siostry pana Mikołaja, Sicińska i Stokowska, słysząc, co się dzieje w Polanach potępiały go jak zwykle: Dobrze mu tak! Ożenił się na starość, wziął młodą! Teraz ma! Nienawidzi go, przeklina i opuszcza zamiast pielęgnować! Dobrze mu tak! I tak minął rok, drugi. Zimą 1654 roku zmarł mąż sołtyski Ilkowej, a wieść ta ogromnie wstrząsnęła panem Mikołajem, który śmierć czując postanowił pojednać się z ludźmi, a przede wszystkim z tą, którą tak mocno kochał. Tak długo ją przepraszał, tak długo prosił aż mu wybaczyła. I odtąd było jak dawniej. Krewnych mężczyzn nie miał w pobliżu żadnych. Siostry jego, równie nienawistnie jemu jak i żonie, mieszkały w pobliżu: Sicińska w przemyskim a Stokowska w Kańczudze. W Żmigrodzie bywała jednak Anna Konstancja z Leszczyńskich, niegdyś jego bratowa. Nieboszczyk brat zapisał jej – podobnie jak on swojej żonie – 20 000 złp wiana na Żmigrodzie, których wypłatę Mikołaj wziął na siebie i w tym celu wydzierżawił całe miasto Zygmuntowi Bronickiemu. Nie wywiązał się jednak z obowiązku wypłaty wiana bratowej, bo siostry jego nie były jeszcze wyposażone a prawem bliższe. Bratowa jednak uzyskała wyrok sądowy, dający jej w posiadanie połowę Żmigrodu. Żmigród już wówczas był w połowie żydowski, więc pani Anna Konstancja dogadała się z Żydami i oddała im w dzierżawę połowę miasta, co niezmiernie oburzyło chrześcijańskich mieszczan, którzy udali się do Polan po pomoc do pana Mikołaja. Po rozmowach w których uczestniczył też pan Bronicki uznano, że nie można dopuścić żydów do dzierżawy. Wydał zatem pan Mikołaj rozkaz swoim hajdukom nadwornym i sołtysom, by zbrojnie udali się do Żmigrodu pod rozkazy pana Bronickiego. Mieszczanie pomogli i pan Bronicki po staremu zaczął pobierać czynsze i podatki. Kahał żydowski jednak zagroził klątwą każdemu, kto będzie płacił podatki komuś innemu niż żydowi-dzierżawcy, więc żydowscy mieszczanie nie chcieli płacić, zatem pan Bronicki kazał u nich zakwaterować „smolaków” dworskich, nakazując im brać żywność i napoje tak długo aż żydzi zmienią zdanie. Kahał jednak trwał przy swoim a żydzi zasłaniali się kahałem. Bronicki nie myśląc wiele zamknął żydom bożnicę, a właśnie następowały wówczas Zielone Świątki, a u żydów święta Tygodni na pamiątkę rozpoczęcia żniw w Palestynie i odebrania przykazań na górze Synaj. Żydzi oburzali się zatem na zamknięcie bożnicy i nastawali na dzierżawcę swego, by wyjednał jej otwarcie, aby nie cierpiało na tym nabożeństwo. Żyd ufny w pomoc grodu i pani Anny Konstancji, a ośmielony od kahału, że to jest sprawa beszwile ehyde (dla dobra narodu żydowskiego) poszedł czym prędzej do pana Bronickiego. Roznamiętniony nie zwracał uwagi na to, że mówi do szlachcica polskiego w jego domu: obraził go. Bronicki wezwał „smolaków”, którzy okuli żyda łańcuchem za szyję i wtrącili do więzienia. Podniósł się rwetes straszny, ale krzyki i wrzawa żydów nie pomogły, bo „smolacy” stali z bronią nabitą, ciesząc się, że przy lada sposobności będą bić żydów niewiernych i łupić ich kramy i sklepy. Mieszczanie też byli w pogotowiu. Tylko żmigrodzki zamek trwał w milczeniu bo pani Anna Konstancja wyjechała i nikt się nie kwapił do pomocy. I tak przesiedział żyd cały tydzień na łańcuchu w więzieniu. Dłużej jeszcze trwało otwarcie bożnicy, bo pan Mikołaj nie zważał na grzywny mu grożące. Ale za tę zamkniętą bożnicę i przeszkadzanie w nabożeństwie, otrzymała pani Anna Konstancja nowy wyrok przyznający jej połowę Żmigrodu z którym to wyrokiem przybył do Żmigrodu jej szlachcic Jan Pietrzykowski. Wybrał jednak fatalny dla siebie dzień, bo przybył w przeddzień św. Jadwigi (15 października 1654 roku) i wstąpił do karczmy, w części Żmigrodu będącej własnością pana Stadnickiego, którą prowadziła wdowa po cyruliku, gdzie natknął się na ludzi pana Mikołaja. Doszło do zwady, a później do bójki w której pan Pietrzykowski został uderzony obuchem toporka w głowę a potem przegoniony aż do domu wdowy Szczecinowej u której się zatrzymał.

Stadnickiego niemoc wzmagała się: boleści czasami przebierały miarę a śmierć zbliżała się powoli. Maciej Męciński najczęściej przesiadywał u łoża boleści i sam nie wiedział, co rozrzewnia go bardziej: boleść chorego czy łzy w oczach jego żony? Bo ilekroć pani Jadwiga zapłakała na mężem bolejącym, był taka piękna, tak zachwycająca, że Maciej nie mógł od nie oczu oderwać i widział w niej pierwowzór kobiety pięknej, dobrej i czułej! A pani Mikołaj, czując, że koniec jego się zbliża ujął ręce Jadwigi i Macieja, pobłogosławił ich i umarł. Wierny sługa zmarłego pana, Stanisław Dąbrowski posłał do Żmigrodu posłańca z miarą na trumnę wraz z listem do kupca, aby stolarzowi wydał aksamitu na obicie i galony posrebrzane, ćwieki pozłacane i kir na żałobne szaty dla dworzan. O światło udał się do żmigrodzkich dominikanów, gdzie Stadniccy mieli groby. Dominikanie odmówili światła, natomiast bractwa rzemieślnicze pospieszyły oświetlić trumnę pana swego dziedzicznego. 

Nazajutrz pani Stadnicka przywdziała szatę żałobną; płacze i łkania ucichły, ustępując smutkowi cichemu. Panowie Męcińscy nie odjeżdżali lecz brali udział w przygotowaniu uroczystości smutnej. Trzeciego dnia przybył pan Orzechowski z żoną Renatą i Paweł Ryzner, pastor z Kobylan. Pan Orzechowski przywiózł wiadomość, że księża katoliccy nie będą na pogrzebie, gdyż na nieboszczyku ciąży zarzut niedowiarstwa, a za duchowieństwa przykładem pójdzie rodzina Miszchów z Dukli, a nawet Stadnickich. Pani Jadwiga słysząc to rozpłakała się gorzko narzekając na swoje sieroctwo i brak opieki. Podochoceni winem zaczęli przedstawiać smutne położenie wdowy i niebezpieczeństwa jej grożące, aż w końcu pani Jadwiga przekonana namowami (zwłaszcza pana Orzechowskiego, który przypomniał, że śp. Mikołaj pobłogosławił jej związkowi z Maciejem) obecnych uległa i oddała rękę panu Maciejowi Męcińskiemu a pastor Ryzner, który zwykł mawiać, że: śmierć to wrota do życia innego, dał im ślub według obrządku kalwińskiego! Wysłano też natychmiast posłańca do Sanoka, by w tamtejszym grodzie potwierdzić zapisy posagu i wiana. Gród to potwierdził i tym sposobem pani Jadwiga została panią dożywotnią Żmigrodu. Gdy posłaniec wyruszył, rozpoczęła się pijatyka od wypominku „Świętej pamięci nieboszczyka Mikołaja” z wyliczeniem cnót jego a kończąca się życzeniem „Daj mu Boże wieczny odpoczynek a młodemu stadłu zdrowie”. Muzykanci żmigrodzcy przybywszy do Polan zaczęli wywodzić smutne pieśni, ale pijana szlachta wkrótce zażądała wesołych pieśni i ruszyła w taniec. Pogrzeb zmienił się w wesele! Potem w księdze grodu bieckiego (ks. 186, str. 2274) wpisano: Mikołaj ze Żmigrodu Stadnicki umarł. Żona jego przed pogrzebaniem zwłok męża, poszła za Macieja Męcińskiego… i popełniono wiele rzeczy nieprzystojnych tak godności domu , jak i zwłokom niepogrzebionym. Ja Stanisław Dąbrowski syn Stanisława, jako sługa dawny, chciałem odprawić pogrzeb przystojnie. Lecz widząc, że wobec zwłok pana swego zmarłego, niegodziwie wywodzą się tańce, napomniałem osoby, którym przynależało przyganiać. Nie chciałem też przystać do Męcińskiego rzeczonego, przez co tenże znienawidził mnie i na Zycie moje nastawał. A zatem zniewolon odstąpić zwłok pana swego i chcąc ocalić zdrowie własne, nie mogłem wyczekiwać pogrzebu – oddaliłem się. Wobec sądu zaś oświadczam swój żal i zgrozę.

Wytrzeźwiała w końcu szlachta i wzrokiem bardziej przytomnym zaczęła patrzeć na rzeczywistość: zwłoki leżące we dworze pilnie domagały się pochówku. Księża zaproszeni wprawdzie nie przybyli, ale, że nieboszczyk był prawie katolikiem to uznano, że nie będą go żegnać kaznodzieje zborów różnowierczych, tylko szlachta wychwalała jego zasługi. I ruszył wóz z trumną pana Mikołaja do Żmigrodu. Na trumnie leżała jego zbroja wojenna, a za wozem prowadzono wierzchowca bojowego z przytroczonymi skrzydłami husarskimi, by wszyscy widzieli, że umarł rycerz znamienity. Za trumną w kolaskach jechały panie szlachcianki, a konno i zbrojno drużyna szlachty, która za życia tworzyła jego poczet bojowy. I tak uroczysty pogrzeb dotarł do Żmigrodu skręcając do kościoła i klasztoru Ojców Dominikanów, który wystawił i wyposażył dziad zmarłego Mikołaja urządzając też tam groby dla siebie i rodziny swojej. Gdy się pochód zbliżał, z kościoła otwartego wyszedł ksiądz Baltazar Pleszyński, pleban w Załężu, wraz z księżmi Dominikanami miejscowymi i własnoręcznie zamknąwszy drzwi kościoła papier na nich jakiś powiesił i się oddalił. Dominikanie też wolnym krokiem poszli do klasztoru. Gdyby szlachta, która jechała za trumna spostrzegła co się dzieje, niezawodnie by ruszyła w pogoń za Pleszyńskim, który dopadł wózka i co koń wyskoczy popędził w stronę Osieka. Kościół stał na zakręcie drogi i był otoczony murem, tworząc strażnicę twierdzy miejskiej, wiec wóz z trumną był jeszcze daleko, gdy Pleszyński papier na drzwiach przybijał, a gdy szlachta dotarła na miejsce, to drzwi już były zamknięte. Na nic zdały się krzyki i kołatanie – drzwi kościoła pozostały zamknięte. Kilku szlachty z koni i przystąpiło do drzwi, ale za chwilę usłyszano słowa głośne: Biskup Gębicki zabronił pogrzebu! Pani Jadwiga w towarzystwie świeżo poślubionego męża i co znaczniejszej szlachty udała się na rozmowy do przeora. I na nic zdały się słowa pana Macieja Męcińskiego, który przypomniał żmigrodzkim mnichom, że klasztor ufundowali Stadniccy. Przeor, któremu za pochowanie pana Mikołaja biskup Gebicki zagroził karą tysiąca złp był nieugięty. Ale pan Maciej kazał poszerzyć okno krypty grobowej i przez to okno wstawić trumnę pana Mikołaja do krypty grobowej. I tak też się stało. Zawrzały namiętności, bo przecież wśród rodów szlachty podgórskiej nierzadkie były przypadki, gdy jeden brat był księdzem katolickim gorliwym, a drugi różnowiercą zagorzałym. Tak było przecież w rodzie Męcińskich, gdy jeden z braci był jezuitą w dalekiej Japonii zamęczonym za wiarę, a matka arianką. Podobnie było też i w rodzie Stadnickich.

Dzierżawca połowy Żmigrodu pan Zygmunt Bronicki wielce się oburzał na duchowieństwo całe, począwszy od biskupa Gębickiego aż po ostatniego mnicha żmigrodzkiego. I postanowił zemścić się za to jak potraktowano zwłoki jego dobrodzieja. Czuł się w prawie, bo właśnie woźny z sanockiego grodu ogłaszał (22 maja 1655 roku) panią Jadwigę, wdowę po Mikołaju, dziedziczką. Na początek zabronił Dominikanom korzystania z pastwisk, czym mocno ugodził w gospodarkę klasztoru, a potem zabronił przyjmowania zboża do mielenia. Wybrał się zatem ks. przeor Trojecki ale rozmowa skończyła się tym, że go pan Bronicki z dobytą szablą gonił, lżąc mnichów i duchowieństwo, aż do drzwi klasztoru. Nie wiadomo, czy bardziej poskutkowały sankcje gospodarcze czy strach przed szablą dzierżawcy, ale niebawem, bo 14 czerwca 1655 roku, ks. Trojecki wniósł żałobę do grodu bieckiego. Ale problemy związane z pogrzebem pana Mikołaja jeszcze się nawet na dobre nie rozpoczęły, bo już 10 września 1655 roku do sądu biskupiego w Krakowie został przez siostry pana Mikołaja złożony pozew przeciwko pani Jadwidze. Ta, zdając sobie sprawę, że nie chodzi o pogrzeb, a tylko o to, by ją majątku zapisanego przez męża pozbawić, bronić się postanowiła: Jadwiga z Prusek, pierwszych gód Stadnicka ze Żmigroda Mikołajowa, wtórych Męcińska z Kurozwęk Maciejowa – oświadcza się: że chociaż sama, z przyczyn bardzo ważnych, jeszcze przed pogrzebaniem zwłok męża swego miała zamiar poślubić Wnego Męcińskiego, męża swego obecnego, jako i poślubiła. Zmieniając jednak stan wdowi na małżeński, gotowa była ciało śp. Stadnickiego pochować jak najuczciwiej w kościele klasztoru świętego Dominika w Żmigrodzie; do czego sprosiła krewnych i przyjaciół. Jako też istotnie z nakładem znacznym posprawiała wiele a nawet wszystko potrzebne ku temu. Skoro jednak Jąśnie Wielożny Gębicki biskup krakowski zakazał i doręczył zakaz grzebania ciała, pod karą tysiąca złotych czerwonych węgierskich i klątwy, zagrożoną samej Męcińskiej, jako też i wszystkim zakonnikom żmigrodzkim, który zakaz obwieścił Wielebny ks. Pleszyński Baltazar, pleban w Zalężu, więc aby jej nie zarzucano w czem niedbalstwa, oświadcza się niniejszym. (Biecz, księga grodzka nr 186, str. 2301). Mimo więc, że siostry śp. Mikołaja Stadnickiego z ogromną okazałością wyprawiły mu ponowny pogrzeb, któremu towarzyszyły długie i liczne kazania, piorunujące niedowiarków i grzeszników, pani Jadwiga pozostała panią na Żmigrodczyźnie a mąż jej młody żartował sobie z pana Sicińskiego, męża siostry śp. Mikołaja. 

Wśród tych zatargów sąsiedzkich i sporów różnych, nie wiadomo kiedy do Żmigrodu dotarła wieść, że 21 lipca 1655 roku w ziemie Rzeczypospolitej wkroczyła armia szwedzka Karola Gustawa. W Żmigrodzie, w 1655 roku stał jeszcze zameczek Stadnickich tuż obok kościoła farnego, a miasteczko rozłożone było od końca grodziska trójkątem ku południowi, gdzie klasztor zakonników św. Dominika z kościołem i wieżą stanowił niejako twierdzę od strony Węgier. Połać miasteczka nad brzegiem Wisłoki aż po klasztor wraz z częścią rynku, zajmującą obręb grodziska pierwotnego, należała do wdowy po Mikołaju Stadnickim, obecnie żonie Macieja Męcińskiego. Połać wraz z dworem za murami miasta na równinie nadrzecznej należała do Franciszka Stadnickiego, brata śp. Mikołaja. Wieść o zwycięskim pochodzie Chmielnickiego kazała szlachcie obawiać się podobnych rozruchów jakie miały miejsce przy okazji ruchawki Kostki Napierskiego przed paru laty, więc szlachta dla bezpieczeństwa własnego postanowiła się schronić w miasteczku zabierając ze sobą do obrony hajduków dworskich. Mniszech, starosta sądecki i zaprzysięgły wróg rodu Męcińskich, trwogą kozacką wypłoszony zatrzymał się wraz ze dworem w części należącej do Franciszka, a mianowicie w skarbnej kamienicy na rynku. Były tam dwie izby obszerne: jedna z piecem kaflowym szarym, a druga z biało-zielonym. W zaułkach jak zawsze były komnaty, komnatki, kuchnia i piekarnia. W domach obok zatrzymali się książę Konstanty Wiśniowiecki z niedobitkami swej chorągwi z rotmistrzem Margońskim na czele; Stanisław Siciński, pisarz grodzki przemyski, mąż Stadnickiej ze Żmigrodu; Jędrzej Stadnicki, starosta osiecki oraz mnóstwo szlachty sanockiej, stronników Mniszcha. Także szlachta znad Wisłoki zbiegła przed Szwedami. W zameczku zaś pan Bronicki, dzierżawca połowy Żmigrodu, gościł swoją dziedziczkę Jadwigę Męcińską. Przybyli też do Żmigrodu panowie Krzysztof Sieniński, arianin, syn założyciela Rakowa i rotmistrz Paweł Drozdowski. Przybyli jednak nie jako uchodźcy ale jako wysłannicy szlachty różnowierczej w celu porozumienia się co do wspólnych działań w sytuacji, gdy chorąży koronny Koniecpolski poddał armię koronną królowi szwedzkiemu a jako wojewoda sandomierski wzywał do przyjęcia opieki szwedzkiej…

Działo się też w żmigrodzkiej gospodzie, gdzie wino było dobre a karczmarka ładna. Dworzanie pana Męcińskiego przebywający wraz z dworem w zamku dobrze o tym wiedzieli i ciągle tam zaglądali. Gosposia była rada, bo pili dużo i płacili gotówką, a w dodatku ciągle chwalili jej urodę. A jakaż kobieta nie lubi pochwał swych wdzięków? Była więc zadowolona z ich wizyt ale jednak nie w głębi duszy, bo była kobietą pobożną, katoliczką gorliwą, siostrą różańca świętego i innych drużyn pobożnych, a oni byli niedowiarkami. Ani to u nich spowiedzi, ani komunii świętej czy bierzmowania. A nabożeństwo? Pożal się Boże! Bez wystawienia sakramentu przenajświętszego, bez dzwonków, bez organ i kadzidła; śpiewy tylko i kazanie! Oj Panie, bądź miłosierny nad duszami ich zgubionymi, bo jeśli to prawda, że diabła za Boga mają, to potępienie ich wieczne czeka. A szkoda by ich było, bo ładni chłopcy i grzeczni. Dworacy kasztelana sądeckiego wnet po przybyciu do miasteczka dowiedzieli się, gdzie wino najlepsze i gosposia najładniejsza, więc wkrótce zaczęli tam bywać często. A gosposia widząc, że to ludzie wiary niepodejrzanej często z nimi rozmawiała i o wiele rzeczy wypytywała. - Czy to prawda moi Waszmość Panowie, że ci panowie lutrzy nie wierzą w Boga? – pytała. – Jakże nie może być prawdą, skoro tak jest. Ksiądz Mikołaj, jezuita z Czchowa napisał o tym książkę całą i wydrukował ją. Księża czytają o tym ludziom, a ileż razy czytali nam o tym jezuicie, którzy przybywają na dwór pana kasztelana? – słyszała w odpowiedzi. – I ci panowie, co są na zamku to także tacy? – pytała mając wątpliwości. – Jakże by nie? Przecież pana Sienińskiego ojciec najpierw ich wziął w opiekę, a potem im miasteczko osobne wystawił, co je Raków zowią. A oni tam i do diabła się modlili i szkoły zakładali, gdzie uczyli chwały diabelskiej. I książki drukowali, by umysły zatruwać. A na koniec porwali się na figurę męki pańskiej, którą obalili i pogruchotali, więc księża jezuici postarali się, by ich stamtąd wyrzucono. Ale oni się plączą po kraju i ukrywają na Sądecczyźnie i tu w Podbieszczadziu: w Lutosławicach, Ropkach i tu w Kobylanach, bo to lutry twarde, które potrafią na trumnie ślub dawać! – słyszała. – Oj prawda, prawda, ze to musiało być straszne. Ale przecież mi żal tej pani naszej. Jak ona płakała na tym pogrzebie, kiedy to okienkiem trumnę spuszczano bez dzwonów i bez księży. A jak ona się też biedaczka zmieniła! Taka blada jakby z wosku, a oczy jakby czarne, ale ciągle zapłakane. Rozmowę przerwali goście zamkowi, którzy wino zamówili i zwyczajem wśród szlachty panującym, chcieli napić się z panami-braćmi przebywającymi w tej samej gospodzie. Ale dworakom pana kasztelana sądeckiego nie w smak było pić z ludźmi pana Sienińskiego i wywiązała się dyskusja nie tyle o tych, którzy przyjęli panowanie króla Karola Gustawa (lutra przeklętego), a wśród nich byli tacy katolicy jak pan Sobieski (późniejszy król) czy pan Sapieha, ale o tych różnowiercach, którzy poddaństwa tego przyjąć nie chcieli. I nie widzieli dworacy kasztelana sądeckiego wrogów wśród tych katolików, którzy przyjęli poddaństwo luterskiego króla Szwecji, ale wśród tych różnowierców, którzy tego poddaństwa przyjąć nie chcieli! Nadeszło kilku mieszczan żmigrodzkich, nadobna gosposia prosiła i dworzanin kasztelana sądeckiego wyszedł, nie pozdrawiając nikogo.

Wśród dworzan pana Sicińskiego, męża pani Stadnickiej ze Żmigrodu, który nie mógł przeboleć, że żona jego nie została właścicielką miasteczka, był pisarczyk młody wyćwiczony w sporach trybunalskich, który równie sprawnie władał piórem, jak i szablą. Marzył o przyszłości świetnej i sławie, a słysząc wieści o szlachcie zmawiającej się na bicie lutrów, poszedł natychmiast do karczmy i już na wstępie zwrócił się do gosposi pytając – Czy to ci lutrzykowie, co to zamiast spowiedzi w wodzie się nurzają i co to im w Jaśle na rynku przy takiej spowiedzi kaznodzieja utonął? Na jaką pamiątkę oni się tak topią? Zawrzały gniewem oblicza dworzan pana Męcińskiego, ale jeden dał znak i zaczęli wypytywać gosposię o to co widać z okna karczmy w stronę Wisłoki i Samoklęsk a ona chętnie im tłumaczyła: że ten szczyt nazywa się Gamrat, a tamten Urszula na pamiątkę babki księcia Konstantego, a ten trzeci już w Beskidzie widoczny to Bucznik z zameczkiem pana kasztelana Mniszcha, właściciela Samoklęsk w którym mieszkał Dymitr Samozwaniec, co później został carem Rosji i ożenił się z panną Maryną, córką pana wojewody Miniszcha. I próbował młody pisarczyk wtrącać się do rozmowy, ale rychło, poznając przewagę adwersarzy, zamilkł i tylko wino pił powoli. Rozczarowana gosposia nie omieszkała się podzielić tą wieścią ze znajomymi żmigrodzkimi mieszczkami, które stojąc w grupie pod podcieniami, chichotały na jego widok. A, że wychodząc podpity, potknął się jeszcze to nie tylko śmiech młodych mieszczek usłyszał ale też dworzan zamkowych, którzy stali przed karczmą. Ruszył ku nim, ale posłyszawszy głos pana swego Sicińskiego, zawrócił i poszedł do domu, gdzie opowiedział, że lutry naigrywały się ze śmierci pani Maryny Mniszech w Wołdze utopionej. I wnet szlachta opowiedziała o tym swoim panom, a pan kasztelan Mniszech aż osłupiał ze zgrozy, bo też jego rodu bardziej nie można było obrazić. I pomstował Mniszech wśród dworzan starszych i szlachty na lutrów przeklętych.

Był wśród hajduków pana starosty sądeckiego niejaki Jan Kisiały, który wyrokiem starosty z Czchowa miał zapłacić mieszczance Mikloszce 65 złp z pola wziętego jako posag za jej córkę Jadwigę. Jako, że zapłacić nie chciał, oddalił swą żonę i ruszył do Krakowa szukając służby, ale zastał tam tylko strach i lęk przed Szwedami. Ruszył więc dalej przed siebie. Przyłączyła się do niego Zofia Szydełkówna z Bochni z przydomkiem „żydówka”, bo się w żydzie kochała, a że nie miała nic do stracenia, to wędrowali razem podając się za małżeństwo aż dotarli na dwór kasztelana sądeckiego, gdzie Kisiały przyjął służbę hajduka. Rzekoma zaś jego żona pełniła służbę, pomagając w kuchni i przy bieliźnie. Dworzanie Kisiałego zwali Kisielikiem, bo pić i bić się umiał. Było to w przededniu św. Jadwigi w piątek. Zofia Kisielikowa, zła i zasapana, niesie wodę w konewkach na szelkach drewnianych. Była zła, że właśnie wodę niosła, bo w Żmigrodzie to nie żarty wodę nosić aż znad rzeki na pagórek wysoki, gdzie miasto leży. Idąc obok zamku usłyszała wesołą muzykę, więc konewki z wodą wydały się jej być jeszcze cięższe. Przypomniała sobie dawane czasy i złość ją napadła. A przed karczmą stał jej rzekomy mąż, dobrze najedzony, nieco podpity i czekał na zawołanie pana swego. I zamiast zachwytów ze strony swej rzekomej żony usłyszał, że w zamku lutry tańcują, bo jutro imieniny ich pani Jadwigi i na pewno jeszcze mięso w piątek jedzą. I przypomniał sobie, że i jego żona, ta prawdziwa miała na imię Jadwiga i poczuł złość wielką. I nie wiadomo, czy na siebie, że żonę odprawił czy na lutry przebrzydłe, co dnia postnego nie szanują. I wypiwszy jeszcze dla kurażu większego kwaterkę wódki, poszedł do swoich kompanów, by razem z nimi wypłatać jakiego figla lutrom przeklętym. I ochoczo się przyłączyli a tym, co wątpliwości mieli wytłumaczył pisarczyk pana Sienickiego, że panowie na pewno ich poprą. I poszli we czterech w stronę zamku przed którego bramą niczym na warcie stał hajduk pana Męcińskiego nazwiskiem Ryś. Zawsze, gdy ktoś koniecznie zwady szuka to powód znajdzie, więc wkrótce doszło do pojedynku na szable między czterema hajdukami a Rysiem, któremu skoczył na pomoc pan Łasicki, szlachcic, dworzanin pana Męcińskiego. A, że Ryś był chłop jak dąb, a pan Łasicki szablą dobrze władał, wkrótce wyparli napastników poza bramę. Ale na pomoc hajdukom ruszyła gromadka szlachty z pisarczykiem na czele, a kozacy księcia Wiśniowieckiego z łukami i strzelbami zaczęli strzelać przeszkadzając w zamknięciu bramy. Dopadli napastnicy drzwi zamkniętych i zaczęli je wyważać. Aż je wyważyli. Padł zabity stary pan Sieniński; padł zabity Ryś i Sulechowski, sługa Macieja Męcińskiego. Tylko pan Drozdowski i pan Łasicki jeszcze się bronili szablami a robili to dobrze i skutecznie. Napastnicy widzą, że w walce na szable sobie nie poradzą zaczęli strzelać. I padł pan Drozdowski, który własnym ciałem zasłonił panią Męcińską, dobity szablą. I padł pan Łasicki. I tylko pan Maciej bronił się jeszcze ale otrzymał cięcie w głowę i upadł. Tętent koni rozległ się nagle od bramy miejskiej, to Palczewski, rotmistrz chorągwi kozackiej z kilkunastu ludźmi przybywał z odsieczą. Na odgłos kopyt napastnicy odstąpili wycofując się w stronę gospody kasztelańskiej. Na odchodne usłyszała jeszcze pani Jadwiga głos straszny wołający – Jadwisiu! Masz imieniny! Masz i trupa męża! Możesz znowu odprawiać wesele świeże! Czy to był głos pana Franciszka Stadnickiego? Rannego Męcińskiego zaniesiono do pomieszczenia. Bolesne było położenie pana Zygmunta Palczewskiego, który z listami przez porucznika Wojniłowicza wysłany został do pana Mniszcha i drużyny szlachty ruskiej a ujrzał trupy szlachty zacnej i śmiertelnie ranionego krewnego swego. Z jednej strony, względy rodzinne domagały się zemsty a z drugiej, Ojczyzna wzywała. Ze ściśniętym sercem i łzami w oczach, kroczył po skrwawionej żmigrodzkiej uliczce do siedziby kasztelana. I nikt mu nie przeszkadzał, a służba pana Mniszcha nawet nie ostrzegła swego pana przed wizytą krewnego śmiertelnie rannego pana na Żmigrodzie. Zastał pan Palczewski pana kasztelana samego, przekazał mu listy. I wywiązała się miedzy nimi rozmowa: - Trafiłeś waszmość na bardzo smutną chwilę – rzekł pan Mniszech. – Smutną! I bardzo smutną. Zabili mi krewnego i znajomych zacnych. I to najazd w domu własnym – usłyszał w odpowiedzi. Próbował pan Mniszech morderców tłumaczyć – Nieszczęście! Nieszczęście! Żarliwość za wiarę! Ale pan Palczewski zapytał wprost: - Jam też ewangelik z ojca i dziada, więc i mnie zbijecie? Lutry pruskie nie poddały się Szwedom i jam się nie poddał i wielu z moich, a panowie Wiśniowieccy, Koniecpolscy, Piaseczczyńscy, Sobiescy w tej chwili może z rękami podniesionymi do góry przysięgają Szwedom! Nie o wiarę tu chodzi lecz o posag mojej pokrewnej! I cóż miał uczynić pan kasztelan Mniszech w odpowiedzi?

Maciej Męciński zmarł 30 listopada 1655 roku. Jan Męciński, ojciec zabitego, wezwał woźnego grodzkiego, by spisał protokół z oględzin zwłok zabitych, ale gród biecki zwlekał z wysłaniem woźnego. Dopiero, gdy król Jan Kazimierz wrócił z zagranicy i przybył do Krosna, gród biecki wpisał do ksiąg pod datą 20 stycznia 1656 roku oględziny a pod data 6 lutego tegoż roku opis zajścia całego i pozew: Mniszcha, księcia Wiśniowieckiego, Konstantego Sicińskiego, Stadnickiego Jędrzeja, Mikulińskiego, Roszowskich ojca i syna, Wrzeszcza, Ostrogórskiego, Chowańskiego, Podhajeckiego, Stefkowskiego, Irzyckiego, Jarockiego, Ostrowskiego, przyjacioły i Śliwińskiego z Kisielikiem hajduki, Mniszcha kasztelana: że napadli i zabili. Pozywał Wojciech Męciński (Biecz, grodzka księga nr 187, str. 20). Wobec wojny ze Szwedami, zbrodnia pozostała bez kary. Wojciech Męciński, mimo to nie przystał do Szwedów, lecz jako prawy szlachcic poszedł pod komendę Wielopolskiego, którego chorągiew jako pierwsza witała wracającego króla Jana Kazimierza. Sicińskiego pozwał o zabójstwo brata.

Zabójstwo Męcińskiego i jego przyjaciół w Żmigrodzie wywołało oburzenie wśród szlachty różnowierczej. Narzekali, wołali o pomstę do Boga i prosili Boga o powodzenie dla oręża szwedzkiego od którego spodziewali bezpieczeństwa społecznego, tak jak spodziewał się go ogół szlachty i hetmani przysięgający wierność Karolowi Gustawowi. Ale żmigrodzka lekcja, że można bezkarnie zabijać w prywatnych sprawach, nie poszła w las bo między ludem poszła wieść, ze można znosić tj. łupić i zabijać lutry co diabła za Boga mają. I rozpoczęło się mordowanie arian, aż ich wymordowano wszystkich, za wyjątkiem tych, którzy nie uciekli bądź wiary nie zmienili. I to byłoby tyle na temat tolerancji religijnej w Polsce.

p.s.

Pani Jadwiga Orzycka wyszła za mąż za Zygmunta Palczewskiego.

 

Opracowano na podstawie opowiadania Szczęsnego Morawskiego „Początek krwawego tępienia arian zwanych Bracią Polską” opublikowanym w „Roczniku Samoborskim” 1892-93.

 

 {jcomments on}

 

SP_READ_MORE

Koronawirus a sesja rady gminy

8 kwietnia br. odbędzie się sesja Rady Gminy Nowy Żmigród, podczas której zostaną podjęte m.in. uchwały ws. przekształcenia szkół podstawowych w Desznicy i Makowiskach. Ponieważ w dobie medialnej „epidemii” zostało wprowadzone szereg przepisów ograniczających prawa obywatelskie, przedstawiamy fragmenty artykułu, który został opublikowany przez portalsamorzadowy.pl…

Od 20 marca 2020 roku obowiązuje rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu epidemii. Rozporządzenie to w brzmieniu pierwotnym zakazywało w okresie epidemii organizowania zgromadzeń. Zakaz ten nie dotyczył zgromadzeń, w których uczestniczyło mniej niż 50 osób razem z organizatorami i osobami działającymi w ich imieniu. Z uwagi na to, że przepisów ustawy prawo o zgromadzeniach nie stosuje się do zgromadzeń organizowanych przez organy władzy publicznej zakaz ten nie znajdował zastosowania do posiedzeń organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego oraz ich organów pomocniczych (komisji).

W dniu 24 marca 2020 roku zostało wydane rozporządzenie zmieniające wprowadzające czasowo – od 25 marca do 11 kwietnia – dalej idące zakazy. Po pierwsze zakazano wszelkich zgromadzeń w rozumieniu art. 3 ustawy Prawo o zgromadzeniach, zawieszając na ten czas wyjątek związany z liczebnością zgromadzenia. W dalszym jednak ciągu przepis ten nie znajduje zastosowania do zgromadzeń organizowanych przez organy władzy publicznej. Wprowadzono jednak kolejny zakaz dotyczący innych niż ww. zgromadzeń organizowanych w ramach działalności kościołów i innych związków wyznaniowych oraz imprez, spotkań i zebrań niezależnie od ich rodzaju, z wyłączeniem spotkań danej osoby z jej osobami najbliższymi w rozumieniu art. 115 § 11 ustawy Kodeks karny lub z osobami najbliższymi osobie, z którą pozostaje we wspólnym pożyciu. Zakaz ten ma niezwykle szeroki charakter i obejmuje on posiedzenia organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego i ich organów pomocniczych. Sesje czy posiedzenia komisji uznać bowiem należy za zebranie definiowanie w słowniku języka polskiego jako „spotkanie pewnej liczby osób w celu omówienia jakichś spraw”. Od zakazu tego wprowadzono jednak jeszcze jeden wyjątek. Zgodnie z nowymi przepisami powyższego ograniczenia nie stosuje się do spotkań i zebrań związanych z wykonywaniem czynności zawodowych lub zadań służbowych, lub pozarolniczej działalności gospodarczej, lub prowadzeniem działalności rolniczej lub prac w gospodarstwie rolnym.

Czy wyjątek z rozporządzenia dotyczy sesji? Powstaje w związku z tym pytanie czy sesja rady gminy czy posiedzenie jej komisji uznać można za zebranie związane z wykonywaniem czynności zawodowych lub zadań służbowych. Odpowiedź nie jest zadaniem prostym. Literalnie rzecz radnych nie łączy z gminą czy z urzędem gminy jakikolwiek stosunek pracowniczy czy służbowy. Radni pełnią swoje funkcje społecznie. Należy jednakże zwrócić uwagę, iż radni obradując na sesjach realizują swój ustawowy obowiązek brania udziału w pracach rady gminy i jej komisji oraz innych instytucji samorządowych, do których został wybrany lub desygnowany. W szerokim ujęciu radni realizują zatem swoje zadania służbowe. Co więcej ustawa o samorządzie gminnym wprost odnosi do nich pojęcie podróży służbowych. Jeśli zatem normatywnie w stosunku do radnych stosuje się określenie podróż służbowa to za uprawnione uznać także odnoszenie do nich pojęcia zadań służbowych w szerokim tego znaczeniu.

Przyjęcie odmiennej interpretacji prowadziłoby do wniosku, że Minister Zdrowia w drodze rozporządzenia dokonał de facto zawieszenia działalności organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego do czego nie został upoważniony ustawą o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, na podstawie której wydane zostało przedmiotowe rozporządzenie. Jednocześnie wpływałoby to na możliwość realizacji przez gminy ustawowo określonych zadań publicznych, które w szeregu przypadków wymagają podjęcia konkretnych rozstrzygnięć przez organy stanowiące jednostek samorządu terytorialnego. Zawieszenie organów stanowiący bez jednoczesnego przypisania ich kompetencji innym organom administracji publicznej mogłoby doprowadzić do paraliżu, zwłaszcza, iż czas zawieszenia mógłby ulec przedłużeniu.

Należy raz jeszcze podkreślić, iż rozporządzenie Ministra Zdrowia nie ogranicza wszelkich spotkań i zebrań. Jeżeli spotkania takie mogą odbywać się w zakładach pracy, sklepach, środkach komunikacji publicznej (z wynikającymi z rozporządzenia ograniczeniami) czy w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą (z uwagi na interes prywatny / indywidualny osób biorących udział w takim spotkaniu), to tym bardziej spotkania takie powinny być możliwe z uwagi na realizację interesu publicznego, który przemawia za realizacją ustawowych kompetencji i zadań przez organy samorządu terytorialnego.

Czy w sesji mogą uczestniczyć inne osoby?

Wyjątek związany ze spotkaniami i zebraniami wynikający ze znowelizowanego rozporządzenia bez wątpienie odnieść należy do wójtów i innych pracowników urzędu gminy uczestniczących w sesjach czy posiedzeniach komisji. W ich wypadku z całą pewnością będziemy mieć do czynienia z wykonywaniem „czynności zawodowych czy zadań służbowych”. Dalsze wątpliwości odnieść należy do udziału w sesjach przewodniczących organów wykonawczych jednostek pomocniczych (sołtysów – w przypadku sołectw). W ich przypadku udział w sesji nie jest ich obowiązkiem, lecz ustawowo określonym uprawnieniem. Przyjmując – w oparciu o powyższe argumenty – że sesja jest „zebraniem związanym z wykonywaniem czynności zawodowych lub zadań służbowych” rozporządzenie Ministra Zdrowia nie ogranicza pod względem prawnym udziału w nim ww. osób. Powyższe odnieść także należy do innych osób, które korzystając ze swoich konstytucyjnych praw chciałyby w charakterze publiczności uczestniczyć w posiedzeniu komisji czy sesji rady. Należy przypomnieć, że zgodnie z art. 61 ust. 2 Konstytucji RP prawo do uzyskiwania informacji obejmuje dostęp do dokumentów oraz wstęp na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów (w tym organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego), z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu. Jednocześnie art. 61 ust. 3 oraz 31 ust. 3 Konstytucji RP wymagają, aby wszelkie ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogły następować wyłącznie w drodze ustawy. Podobnie zgodnie z art. 11b ust. 1 zd. 2 ustawy o samorządzie gminnym ograniczenia jawności związanej z działalności organów gminy mogą wynikać wyłącznie z ustaw. Jednoznacznie wyklucza to możliwość ograniczenia jawności działania rady gminy w drodze rozporządzenia Ministra Zdrowia.

Powyższe uwagi nie oznaczają jednak, że zwoływane obecnie sesje czy posiedzenia komisji powinny odbywać się dokładnie w taki sam sposób jak do tej pory. Po stronie organów wykonawczych JST oraz przewodniczących organów stanowiących ciąży szczególny obowiązek organizacyjny zapewnienia radnym jak największego poziomu bezpieczeństwa. W szczególności może to polegać na:

  1. zwiększeniu odległości pomiędzy poszczególnymi radnymi na sali sesyjnej albo przeniesienie sesji do innej (większej) sali (np. sali gimnastycznej, sali widowiskowej) z zapewnieniem transmisji obrad, ich nagrywania oraz elektronicznego systemu głosowania;
  2. wyposażeniu osób uczestniczących w sesji (w miarę możliwości) w środki ochrony indywidualnej (maseczki, rękawiczki);
  3. dezynfekcji miejsca, w którym prowadzona ma być sesja;
  4. zapewnieniu środków do dezynfekcji dla osób uczestniczących w sesji;
  5. ograniczeniu ilości pracowników urzędu uczestniczących w sesji – umożliwienie części z nich udziału w trybie zdalnym (w ich przypadku nie ma ograniczeń prawnych w tym zakresie);
  6. apelowaniu do mieszkańców i przewodniczących organów wykonawczych jednostek pomocniczych w gminie o rozważenie braku osobistego udziału w sesji;
  7. ograniczeniu zakresu merytorycznego sesji do niezbędnego minimum, w miarę możliwości (rozważenie, które tematy mogą być procedowane później);
  8. przeprowadzeniu (o ile statut danej jednostki samorządu terytorialnego na to pozwala) połączonego posiedzenia komisji rady bezpośrednio przed sesją;
  9. ograniczenie na sali sesyjnej miejsc dla osób trzecich w sposób zapewniający odpowiednie odległości poszczególnych miejsc od radnych, pracowników i innych osób uczestniczących w sesji – należy pamiętać, że zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej ograniczenie dostępu do posiedzeń organów stanowiących JST z przyczyn lokalowych lub technicznych nie może prowadzić do nieuzasadnionego zapewnienia dostępu tylko wybranym podmiotom;
  10. apelowanie do radnych o samokontrolę stanu zdrowia i nieprzychodzenie na sesję w przypadku podejrzenia jakiejkolwiek infekcji.

Rozumiejąc cel i znaczenie regulacji szczególnych wprowadzonych w związku z epidemią koronawirusa nie można zapominać o konieczności sprawnego funkcjonowania Państwa i jego organów. Sesje organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego czy ich organów wewnętrznych (komisji) nie są spotkaniami towarzyskimi czy rozrywkowymi. Są one miejsce obrad organów władzy publicznej mającej podejmować decyzje wpływające na sytuację prawną lokalnej zbiorowości. Jeżeli prawodawca dostrzega potrzebę wprowadzenia szczególnej regulacji związanej z ich funkcjonowaniem powinien to uczynić wprost w drodze ustawy zawierającej precyzyjne przepisy w tym zakresie mogące znaleźć zastosowanie w każdej z jednostek samorządu terytorialnego bez względu na jej wielkość, położenie czy zamożność ów do dezynfekcji dla osób uczestniczących w sesji; ograniczeniu ilości pracowników urzędu uczestniczących w sesji – umożliwienie części z nich udziału w trybie zdalnym (w ich przypadku nie ma ograniczeń prawnych w tym zakresie); apelowaniu do mieszkańców i przewodniczących organów wykonawczych jednostek pomocniczych w gminie o rozważenie braku osobistego udziału w sesji; ograniczeniu zakresu merytorycznego sesji do niezbędnego minimum, w miarę możliwości (rozważenie, które tematy mogą być procedowane później); przeprowadzeniu (o ile statut danej jednostki samorządu terytorialnego na to pozwala) połączonego posiedzenia komisji rady bezpośrednio przed sesją; ograniczenie na sali sesyjnej miejsc dla osób trzecich w sposób zapewniający odpowiednie odległości poszczególnych miejsc od radnych, pracowników i innych osób uczestniczących w sesji – należy pamiętać, że zgodnie z ustawą o dostępie do informacji publicznej ograniczenie dostępu do posiedzeń organów stanowiących JST z przyczyn lokalowych lub technicznych nie może prowadzić do nieuzasadnionego zapewnienia dostępu tylko wybranym podmiotom; apelowanie do radnych o samokontrolę stanu zdrowia i nieprzychodzenie na sesję w przypadku podejrzenia jakiejkolwiek infekcji.

SP_READ_MORE

© 2020 Obserwator Żmigrodzki