Bitwa o Przełęcz Dukielską – w powszechnej opinii - była największą bitwą stoczoną w warunkach górskich, jaka miała na terenie Polski w czasie II wojny światowej. I jest to niewątpliwie jedyny fakt z którym można się zgodzić. Bo wszelkie inne opinie w rodzaju, że był to „mały Stalingrad” czy pancerne starcie na miarę bitwy na Łuku Kurskim można śmiało między bajki włożyć, co nie zmienia faktu, że takie opinie mają i będą mieć swoich wiernych zwolenników, by nie powiedzieć, fanów. Jako, że działania wojenne objęły też część gminy Nowy Żmigród sądzę, że warto przypomnieć nie tylko wydarzenia, które miały miejsce 81 lat temu ale też ich niezwykle ciekawy kontekst historyczny…
Na przestrzeni wieków Słowacja pozostawała częścią składową środkowoeuropejskich mocarstw: najpierw Królestwa Węgier, gdy nazywana była Górnymi Węgrami a później cesarstwa Austro-Węgier. Słowacka tożsamość narodowa zaczęła się dopiero budzić pod koniec XVIII wieku. W kolejnych dziesięcioleciach nieliczna słowacka inteligencja rozpoczęła powolny proces budowy narodowej oświaty oraz ochrony rodzimego języka. Koniec I wojny światowej oraz rozpad Austro-Węgier otworzyły przestrzeń do powstania wielu nowych państw w Europie Środkowej. Tak, jak dla Polski szansą na odzyskanie niepodległości była pierwsza wojna światowa i konflikt pomiędzy zaborcami, tak dla Czechów i Słowaków była to okazja do oderwania się od państwa austro-węgierskiego. Politycy czescy i słowaccy, spośród których najaktywniejszą rolę odgrywali Czesi Tomáš Masaryk i Edvard Beneš oraz Słowak Milan Rastislav Štefánik, prowadzili szeroko zakrojoną akcję promując ideę powstania państwa czechosłowackiego. Rozmowy prowadzono z kilkoma państwami Ententy, głównie ze Stanami Zjednoczonymi i Francją. 31 maja 1918 roku w Stanach Zjednoczonych (w Pittsburgu) doszło do podpisania umowy pittsburskiej pomiędzy delegatami z Czech i Słowacji. Umowa mówiła o utworzeniu państwa czechosłowackiego, lecz warunkiem jego powstania miała być szeroka autonomia dla Słowaków. W październiku 1918 roku w Pradze, Czesi proklamowali powstanie państwa czechosłowackiego, a już parę dni później, w Martinie, powstała Słowacka Rada Narodowa, która opublikowała deklarację o odłączeniu się od Węgier i dobrowolnym złączeniu z Czechami. Powstanie wspólnego państwa Czechów i Słowaków było wynikiem dwóch strachów: strachu Czechów przez mniejszością niemiecką zamieszkującą Sudety i strachu Słowaków przed dominacją węgierską uznającą Słowację za część Węgier. Słowacy tworząc państwo z Czechami domagali się jednak autonomii a o jej wyegzekwowanie przyszło im starać się przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Warto wspomnieć, że Czesi w Czechosłowacji (stanowiący około 50% ludności) prowadzili skrajnie szowinistyczną politykę, traktując mniejszości jak obywateli drugiej kategorii. Przykładowo, na 270-osobowy parlament tylko 14 posłów było Słowakami. Na 139 generałów czechosłowackich tylko jeden był Słowakiem (Rudolf Viest) a oficerowie słowackiego pochodzenia stanowili zaledwie 3,4% całości. Głównym wyrazicielem słowackich aspiracji narodowych stał się ksiądz Andrzej Hlinka, założyciel Słowackiej Partii Ludowej (tzw. ludaków), która wkrótce stała się największą partią polityczną Słowacji. SPL miała charakter katolicko-narodowy. Deklarowała programową walkę z trzema tendencjami, uważanymi przez nią za szczególnie zgubne: ateizmem, protestantyzmem i ideą czechosłowakizmu. Mianem „czechosłowakizmu” określano pogląd zakładający istnienie jednego narodu czechosłowackiego, co było intensywnie lansowane przez cześć polityków czeskich. Po śmierci A. Hlinki na czele SPL stanął kolejny ksiądz, Józef Tiso.
W 1938 roku tzw. kryzys sudecki w Czechach spowodował wzrost tendencji narodowych na Słowacji i 6 października w Żylinie została proklamowana autonomiczna republika Słowacji. Dzień później na czele jej rządu stanął ks. Josef Tiso, przywódca Partii Słowackiej Jedności Narodowej, utworzonej z partii ludowych i mieszczańskich. Została zorganizowana Gwardia Hlinki, lokalne wojsko słowackie. 18 grudnia 1938 roku zostały przeprowadzone pierwsze wybory, które wygrała partia ks. Josefa Tiso. 27 lutego 1939 roku słowacki rząd autonomiczny zwrócił się do rządu Czecho-Słowacji o „słowakizację” armii stacjonującej w Słowacji (tj. wymianę żołnierzy czeskich na słowackich) oraz o nadanie prerogatyw słowackim politykom jako reprezentantom oddzielnego państwa. Rząd w Pradze w odpowiedzi 9 marca zdymisjonował rząd słowacki, a na terenie Słowacji został wprowadzony stan wojenny. 10 marca 1939 roku w Bratysławie pojawiło się wojsko czeskie. J. Tiso przestał być premierem, ale po spotkaniu z Adolfem Hitlerem i Joachimem Ribbentropem, ministrem spraw zagranicznych III Rzeszy - pod groźbą przekazania ziem słowackich Węgrom - 14 marca 1939 roku Sejm Słowacji, obradujący pod osłoną oddziałów Gwardii Hlinki, ogłosił niepodległość kraju (po 1032 latach!) i poprosił o opiekę Adolfa Hitlera. Nowe państwo zostało uznane przez większość państw europejskich, w tym przez Polskę, która co prawda niepodległość Słowacji uznała, ale tydzień później rząd sanacyjny poparł węgierską inwazję na Słowację z 23 marca (tzw. mała wojna). 22 marca Słowacja i III Rzesza podpisały tzw. układ o stosunku ochronnym, gdzie Słowacja – w zamian za zagwarantowanie jej granic - zobowiązała się prowadzić wspólną z Niemcami politykę gospodarczą i zagraniczną oraz zgodziła się na stacjonowanie na swoim terytorium wojsk niemieckich. Ponadto Niemcy uzyskały prawo do budowania lotnisk, fortyfikacji i zakładania garnizonów na Słowacji przy granicy z Austrią i Polską. W zamian gwarantowały Słowacji niepodległość. W niestabilnej sytuacji międzynarodowej związanie się z Niemcami było dla Republiki Słowackiej jedynym racjonalnym wyjściem. Warto wiedzieć, że już 6 października 1938 roku, czyli w dniu ogłoszenia autonomii, słowacki rząd prosił o „opiekę rządu polskiego”, ale Polska pozostała głucha a co więcej, 30 listopada 1938 roku zażądała zwrotu Spisza i Orawy. Do Polski przyłączonych zostało 226 km2 z 3280 mieszkańcami. Tereny te były nie tylko słabo zaludnione, ale także całkowicie bezwartościowe gospodarczo ale polskie ultimatum stanowiło poważny cios dla propolsko nastawionych polityków w Bratysławie, którzy prosili, aby kwestię tę odłożyć na przyszłość, po odzyskaniu pełnej niepodległości przez Słowaków. Przez Słowację przetoczyła się fala antypolskich demonstracji a dotąd bardzo przyjaźnie nastawiony do Polski ksiądz Tiso zmienił kurs i zbliżył się do Berlina. 23 marca Węgry, po wcześniejszym zajęciu tzw. Ukrainy Zakarpackiej, wkroczyły na teren wschodniej Słowacji a ich lotnictwo zbombardowało Spiską Nową Wieś. Dzień później – pod niemieckim naciskiem – zostało zawarte zawieszenie broni, ale walki trwały do 31 marca a Słowacja została zmuszona oddać Węgrom 1700 km2 z 70 tys. ludności. 21 lipca 1939 roku słowacki Sejm przyjął Konstytucję Republiki Słowackiej a ks. Josef Tiso został wybrany prezydentem.
Jesienią 1939 roku, gdy Niemcy przygotowywali się do ataku na Polskę, w swych strategicznych rachubach mogli liczyć na słowackiego sojusznika. Oprócz przygotowania 3 dywizji piechoty liczących ok. 50 tys. ludzi, Słowacja udostępniła też Niemcom swoją infrastrukturę wojenną, a we wrześniu 1939 roku – bez wypowiedzenia wojny – zaatakowała Polskę, będąc – obok III Rzeszy i Związku Radzieckiego – jednym z trzech agresorów. Główne kierunki uderzenia armii słowackiej skierowane były na Niedzicę, Zakopane, Krynicę, Tylicz, Komańczę, Sanok, Lesko i Cisną. O natężeniu „walk'” niech świadczy to, że jedynym „oddziałem” polskim, jaki napotkali Słowacy 1 września, było... dwóch polskich policjantów na rowerach w Jaworzynie, którzy odjechali szybko na widok wojsk słowackich. Wszystkie „bitwy” podczas tej inwazji to kilka drobnych potyczek ze Strażą Graniczną i Korpusem Ochrony Pogranicza. W tych „bataliach” o kilka wiosek i miasteczek zginęło w sumie 18 (w tym jeden kopnięty przez konia, a dwóch przypadkowo postrzelonych), zaginęło 11 słowackich żołnierzy a 46 zostało rannych. Do słowackiej niewoli trafiło 1350 polskich żołnierzy - z tego 1200 przekazano Niemcom a pozostali trafili do obozu w miejscowości Lešti. Dla uczestników wojny z Polską słowacki rząd ustanowił specjalne odznaczenie – Słowacki Krzyż Wojskowy.
Za udział w agresji na Polskę Słowacja otrzymała Spisz i Orawę, łącznie ok. 770 km2, zamieszkałych przez ok. 34,5 tys. ludzi, które były przedmiotem sporu między Polską i Czechosłowacją od powstania tego państwa w 1918 roku. Słowacy szybko przystąpili do słowakizacji ludności. Specyfika państwa słowackiego, rządzonego przez katolickiego księdza, spowodowała, że specjalny nacisk kładziono na politykę kościelną. Narzędziem depolonizacji zajętych obszarów mieli być więc zarówno przedstawiciele administracji państwowej, jak i kościelnej. Nieprzypadkowo w pierwszej kolejności represjami objęto polskich księży. Musieli oni opuścić parafie i zajmowane urzędy w administracji kościelnej. Ci, którzy pochodzili spoza inkorporowanych obszarów, zostali wywiezieni do Generalnej Guberni a na ich miejsce sprowadzano księży z innych obszarów Słowacji.
Paradoksalnie, w miarę jak pogłębiał się konflikt militarny w Europie, sytuacja gospodarcza na Słowacji ulegała systematycznej poprawie. Następował wzrost poziomu zamożności społeczeństwa, które w przytłaczającej większości identyfikowało się z własnym państwem, choć autorytarny system społeczno-polityczny nie dawał możliwości legalnego działania skrajnie lewicowym ugrupowaniom politycznym. Skala represji była na Słowacji niewielka. Warto dodać, że w państwie słowackim rządzonym przez ks. Tiso do 29 sierpnia 1944 roku nie wykonano ani jednego wyroku śmierci z powodów politycznych.
W 1940 roku Słowacja przystąpiła do tzw. Paktu Trzech, czyli sojuszu III Rzeszy, Japonii i Włoch, a 23 czerwca 1941 roku, kierując się zobowiązaniami sojuszniczymi, wypowiedziała wojnę Związkowi Radzieckiemu wysyłając swój kontyngent wojskowy, którego liczebność wahała się od 5 do 30 tysięcy żołnierzy. W grudniu 1941 roku Słowacja wypowiedziała też wojnę Wielkiej Brytanii i USA. Z punktu widzenia strategii wojennej, siły słowackie nie miały większego znaczenia, zwłaszcza, że żołnierze słowaccy, obok dowodów waleczności, zasłynęli też tym, że masowo dezerterowali (np. w październiku 1943 roku na stronę rosyjską zdezerterowało jednorazowo ponad 2 tys. żołnierzy słowackich). Warto dodać, że po stronie niemieckiej na froncie wschodnim, walczyli też słowaccy piloci myśliwscy z których najskuteczniejszym był Jan Režňák (32 zestrzelenia). Lotnicy słowaccy zostali wycofani z frontu, gdy zaczęli – podobnie jak ich koledzy z wojsk lądowych – dezerterować na stronę Rosjan. Oczywiście, z punktu widzenia strategii wojskowej znacznie ważniejszą rolę Słowacja spełniała ze względu na dostawy żywności i bezpieczne szlaki komunikacyjne. Jej znaczenie geopolityczne wzrosło, gdy linia frontu zaczęła się zbliżać do jej granic.
Ogłoszenie niepodległości Słowacji w marcu 1939 r. nie wywołało na Słowacji sprzeciwu wśród zwolenników Czechosłowacji, gdyż nawet dla najbardziej radykalnych zwolenników wspólnego państwa Czechów i Słowaków było jasne, że państwo słowackie to coś więcej niż protektorat. Na przełomie lat 1942-43 Niemcy ponieśli pierwsze poważne klęski, które zasygnalizowały punkt zwrotny w prowadzeniu wojny. Była to klęska armii Rommla w Afryce Północnej i klęska armii Paulusa pod Stalingradem. Latem 1943 roku, Niemcy ponieśli strategiczną porażkę pod Kurskiem. Nawet sam generał F. Čatloš, minister obrony narodowej Słowacji, przyznawał, że po niepowodzeniu ofensywy kurskiej doszedł do wniosku, że Niemcy nie wygrają wojny. Włosi doszli do tego samego wniosku w październiku 1943 roku i skapitulowali. Pod wpływem tych wydarzeń na Słowacji zapanowała niepokojąca sytuacja. Każdy, kto patrzył w przyszłość, zadawał sobie pytanie: co się z nami stanie? Nie było łatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo o ile Niemcy obiecały Słowacji ochronę w 1939 roku, o tyle już w 1943 roku było jasne, że Niemcy też nie będą w stanie się obronić. Czy komuś się to podobało, czy nie, wraz z klęską Niemiec zbliżała się również klęska Słowacji. Największą tragedią Słowacji było to, że wojna wybuchła, zanim mocarstwa zachodnie zwróciły na Słowację uwagę a kiedy wojna podzieliła świat na obóz aliantów i państwa Osi, Słowacja znalazła się po złej stronie. Beneš miał bardzo łatwe zadanie przekonania rządów alianckich, że Słowacja nie jest problemem międzynarodowym, ale wewnętrznym problemem Czechosłowacji, który rozwiąże „z wielką radością”. To przypieczętowało los Słowacji jako państwa.
Początkowo opór składał się ze spotkań w uzdrowiskach, wygodnych willach i niekończących się debat ale komuniści, wspierani przez Związek Radziecki, zaczęli się powoli aktywizować. Pojawiły się też oddziały partyzanckie. Pierwszy stworzył Viliam Žingor, który powołany w 1943 roku na ćwiczenia rezerwistów z perspektywą wyjazdu na front wschodni, zaczął się ukrywać wykorzystując krąg swoich znajomych. Niektóre źródła twierdzą jednak, że przyczyną dla której V. Žingor odmówił ponownego wstąpienia do armii słowackiej był fakt, że związał się z nową partnerką i nie chciał jej opuszczać. W historii – jak widać – różne okoliczności tworzą z ludzi bohaterów. W drugiej połowie 1943 roku przez słowackie góry przemieszczało się wielu uciekinierów, głównie ze Związku Radzieckiego, którzy zostali zmuszeni do pracy na okupowanych przez Niemców terenach lub jeńców wojennych, którym udało się uciec, ale utknęli w Republice Słowackiej podczas próby przedostania się do swoich. W ten sposób wokół Žingora i jego przyjaciół utworzyła się niewielka grupa, licząca w marcu 1944 roku od 15 do 20 osób.
Zachęcony optymistycznymi wiadomościami płynącymi ze Słowacji, Edward Beneš, lider rządu czechosłowackiego na emigracji (Tymczasowy Rząd Czechosłowacki, którego liderem był E. Beneš, został formalnie uznany za rząd 18 lipca 1941 roku), próbował sprowokować powstanie na Słowacji już w 1943 roku, ale jesienią tego roku pojawiła się możliwość na którą nikt nie liczył wcześniej: „wyzwolenie” Czechosłowacji od Wschodu.
W grudniu 1943 roku różne organizacje podziemne podpisały tzw. umowę bożonarodzeniową (Gustav Husák, Karol Šmidke i Ladislav Novomeský jako przedstawiciele partii komunistycznej oraz Jozef Lettrich, Ján Ursíny i Vavro Šrobár jako przedstawiciele partii agrarnej) na mocy której powstała Słowacka Rada Narodowa. Jako ciekawostkę można podać, że owa umowa została opublikowana dopiero we wrześniu 1944 roku. Z tekstu umowy bożonarodzeniowej wynika, że słowackie grupy oporu chciały obalić rządy J. Tiso ale choć pragnęły przywrócenia Czechosłowacji, nie chciały jej przywrócić w formie sprzed Monachium.
Ponieważ interwencje rządu przeciwko „bojownikom ruchu oporu” były tylko formalne, nieskuteczne lub nie istniały, ich śmiałość rosła i, oczywiście, rosły również ich szeregi. Ten zgubny rozkład był najbardziej widoczny w armii słowackiej. Słowacki żołnierz nie był gorszy od żołnierza Wehrmachtu czy Armii Czerwonej a marsz „z Tatr nad Morze Azowskie”, z krwawymi i zwycięskimi przystankami pod Lipowacem i Rostowem świadczył o tym, że umie walczyć i że nie boi się śmierci, ale musi mieć dobre przywództwo polityczne i wojskowe. Jednak w drodze powrotnej znad Morza Azowskiego w Tatry dowództwo rozczarowało, a demoralizujące konsekwencje szybko stały się widoczne. Zaczęło się tuż nad Morzem Azowskim na Krymie, gdzie 30 października 1943 roku ponad dwa tysiące słowackich żołnierzy i oficerów, zakwaterowanych we wsi Kachowka pod Melitopolem, pod wpływem propagandy partyzanckiej wraz z bronią, przeszło na ich stronę. Niemcy skarżyli się na słowackich żołnierzy, że umieją walczyć, ale nie umieją się wycofać. Słowacki odwrót zwykle kończył się ucieczką na oślep lub niewolą. O ile zwykli żołnierze nie chcieli walczyć, o tyle problem kadry oficerskiej był znacznie bardziej skomplikowany. Korpus oficerski był w przeważającej mierze antykomunistyczny. Prawdą jest, że wielu z nich było żołnierzami zaciężnymi i było gotowych sprzedać swoje usługi każdemu, kto by tego chciał, ale jeśli mieli możliwość wyboru między Benešem a komunistami, ich wybór padał na Beneša. Słowację, jako niepodległe państwo – mówiąc trywialnie – spora część z nich sobie „odpuściła”, bo patrząc na rozwój wydarzeń militarnych, zdawali sobie sprawę, że jej niepodległość skończy się wtedy, gdy jej terytorium zajmą Rosjanie. Poszukiwali zatem miejsca, które w przyszłości zapewni im możliwość pracy w wyuczonym zawodzie i awansu. W marcu 1944 roku na Słowację przyjechał z Turcji specjalny wysłannik Beneša Jaroslav Krátký, którego zadaniem było wysyłanie do Londynu bezstronnych raportów i udzielanie praktycznych porad dotyczących ewentualnego powstania oraz wyboru odpowiedniej osoby do organizacji i poprowadzenia tej akcji. Krátký odbył konferencje z członkami Słowackiej Rady Narodowej i zatwierdził ich wybór w osobie podpułkownika Jan Goliána, szefa sztabu Wojsk Lądowych w Bańskiej Bystrzycy, zwolennika idei czechosłowakizmu na dowódcę tzw. Słowackiego Sztabu Wojskowego, który miał opracować plan działania. Bardzo szybko gotowy był szkic, który przewidywał lądowanie zachodnich aliantów na Bałkanach lub szybkie natarcie w górę Półwyspu Apenińskiego. Jeśli taka akcja byłaby szybka, armia słowacka by dokonała przewrotu i broniła słowackiego terytorium przed Niemcami do czasu przyjścia aliantów. Jedynym mankamentem planu było to, że opierał się on bardziej na myśleniu życzeniowym niż na twardej rzeczywistości.
Na przełomie czerwca i lipca 1944 roku, gdy Armia Czerwona wtaczała się na Zachód, a alianci nie robili praktycznie nic z południa, w słowackim dowództwie wojskowym pojawił się nowy plan, zgodnie z którym w odpowiednim momencie miał zostać przeprowadzony na Słowacji zamach stanu. Armia miała przejąć kontrolę, utrzymać porządek i jednocześnie otworzyć Rosjanom przełęcze karpackie. Umożliwiłoby to Armii Czerwonej swobodne wejście na Słowację, a tym samym do serca dorzecza Dunaju. Rosjanie mieliby możliwość posuwania się z Dukli do Wiednia bez strat i tak szybko, jak ich czołgi były w stanie się poruszać. Był to tak zwany „plan Čatloša”, który składał się z części wojskowej i politycznej. Już z zeznań w procesie J. Tiso i F. Čatloša wynikało, że choć Čatloš był inicjatorem tego planu, to wszyscy byli w niego wtajemniczeni. Čatloš opracował plan w lipcu, a kapitan Jan Stanek, który miał go zaprezentować Rosjanom, najpierw pokazał go Goliánowi a ten, po konsultacjach ze swoim sztabem, przedłożył plan Słowackiej Radzie Narodowej, która go przywłaszczyła, co prawda z niewielkimi zmianami. Politycy pominęli Čatloša, ponieważ jego funkcja polityczna mogłaby zastraszyć rząd w Londynie, a także pominęli artykuł, w którym Čatloš prosi Rosjan o pozostawienie Słowakom ich własnego państwa. Plan Čatloša zakładał, że Armia Czerwona w ramach ofensywy na południowym odcinku frontu wschodniego, atakując Kraków i Przełęcz Użocką, powinna podjąć także iluzoryczną ofensywę na Przełęcz Dukielską. Wojska słowackie miałyby odeprzeć tę ofensywę i w ten sposób odwrócić uwagę Niemców od tego odcinka. W odpowiednim momencie (sugerował, że gdy padnie Kraków na północy lub Miszkolc na południu, czyli w styczniu 1945 roku), armia słowacka otworzy front i ułatwi Armii Czerwonej swobodne przejście nad Dunaj i Morawy. Čatloš chciał tymczasowo ustanowić dyktaturę wojskową i opowiadał się za utrzymaniem państwa słowackiego, a stosunki państwowe miały być po wojnie zorganizowane „zgodnie z interesami ZSRR”. SRN zmieniła plan politycznie, ale nie militarnie i wysłała go do Moskwy dwoma specjalnymi kurierami (Karol Šmidke reprezentował komunistów, a podpułkownik Mikulaš Ferjenčík demokratów i Słowacki Sztab Wojskowy), którzy dopiero 4 sierpnia - kiedy Čatloš dał im samolot i pilota, majora Lisickŷ'ego, który był jego emisariuszem – polecieli na stronę rosyjską. Ogień przeciwlotniczy nad terytorium ZSRR zmusił samolot do awaryjnego lądowania a kurierów zamienił w jeńców radzieckich. Po 40 godzinach spędzonych w więzieniu zostali przesłuchani przez komisarza politycznego 4 Frontu Ukraińskiego Lwa Mechlisa, który - jak skarżył się Ferjenčík – „zabrał nam wszystkie dokumenty”. W nocy z 6 na 7 sierpnia kurierów przewieziono do Moskwy, gdzie inni oficerowie NKWD potraktowali ich tak, jakby byli szpiegami, a nie delegatami z ważną misją wojskowo-polityczną. Jakie były losy planu Goliana? Jak można wyczytać z nieopublikowanych wspomnień J. Fierlingera (ambasadora rządu Beneša w Moskwie i jednocześnie agenta NKWD), Rosjanie byli początkowo zainteresowani planem, ale nigdy nie wypowiedzieli się jasno na jego temat i ostatecznie go odrzucili. Fierlinger sugeruje, że było to spowodowane interwencją Beneša, który w międzyczasie dowiedział się o planie więcej, niż SRN była skłonna mu ujawnić. Wiedział, że jeśli Rosjanie zaakceptują plan Goliana, to wszystkie atuty będą się znajdować w rękach działaczy SRN, a nie jego i dlatego zaczął blokować plan.
Dla komunistów wojna to przede wszystkim praktyczna polityka i z tego punktu widzenia również oceniali plan Čatloša. W tym czasie Rosjanie byli już pewni zwycięstwa, a ich działania militarne były bezpośrednio związane z planami powojennymi, które jak wiemy obejmowały wprowadzenie rządów komunistycznych w Europie Środkowej. O ile Powstanie Warszawskie im się nie podobało, to z takim samym niezadowoleniem patrzyli na starania Beneša o zorganizowanie przewrotu wojskowo-politycznego na Słowacji. Podczas pobytu w Moskwie w grudniu 1943 roku Beneš zwierzył się Rosjanom ze swoich planów dotyczących Słowacji (jako ciekawostkę można podać, że Beneš wyraził nadzieję, że rząd ZSRR będzie naciskał na rząd czechosłowacki w kwestii ukarania polityków słowackich winnych wypowiedzenia wojny ZSRR, bo samym Czechom – ze względów na politykę wewnętrzną – byłoby to niewygodnie zrobić; wśród tych polityków słowackich, których prezydent Beneš zamierzał powiesić, obok ks. J. Tiso, był też gen. Čatloš - źródło: https://www.fronta.cz/dokument/moskevska-jednani-benes-molotov-2#viset) i opowiedział im o planowanej wojnie powstańczej, prosząc o wsparcie. Rosjanie słuchali z zainteresowaniem, ale było oczywiste, że nie chcą dać się wyprzedzić Benešowi, który był dla nich politykiem „burżuazyjnym”. I tak, podczas, gdy Beneš dążył do przewrotu „od góry”, komuniści zaczęli działać „od dołu” a Beneša nie postrzegali jako sojusznika, ale jako konkurenta do powojennych rządów.
W publikacjach dotyczących Słowackiego Powstania Narodowego dostępnych w języku polskich praktycznie nie porusza się wątku działalności grup zwiadowczych wysyłanych na teren Słowacji przez Rosjan albo porusza się je w sposób bardzo ogólnikowy. Tak, by wspomnieć ale za dużo szczegółów nie podawać, dlatego sądzę, że warto trochę tych szczegółów podać. Jeszcze 5 kwietnia 1944 r. poseł niemiecki w Bratysławie Hans Ludin pisał w raporcie do Berlina, że na Słowacji nie ma partyzantów, ale sytuacja zmieniała się błyskawicznie. Główną rolę w organizowaniu „spontanicznego oddolnego oporu mas pracujących” odegrali czescy komuniści, którzy lata wojny spędzili w Moskwie. W maju 1944 roku w Kijowie została utworzona szkoła dla dowódców partyzanckich przeznaczonych do działań na Słowacji (zostało to zaaranżowane przez K. Gottwalda i S. Chruszczowa), których po 2-3 miesięcznym szkoleniu przerzucano na Słowację, gdzie ich zadaniem było przeprowadzanie sabotażu i organizowanie szerokich mas do „walki antyfaszystowskiej”. W lipcu 1944 r. pojawiły się grupy partyzanckie we wschodniej Słowacji, na przełomie zaś lipca i sierpnia 1944 r. spadochroniarze lądowali również w środkowej Słowacji. Tym, co musiało bardzo zaskoczyć radzieckich spadochroniarzy po przybyciu na Słowację, była nieobecność Niemców i oddziałów niemieckich. Kiedy chcieli walczyć z jakimiś Niemcami i nazistami, musieli ich długo i z trudem szukać, a jeśli już ich znaleźli, byli to zazwyczaj bezbronni ludzie, których przodkowie przybyli na Słowację 6-7 wieków temu. Były to pierwsze ofiary „walki” partyzanckiej. W lipcu i sierpniu liczba partyzantów i sabotaży wzrosła tak bardzo, że zaczęły one zagrażać bezpieczeństwu i stabilności Słowacji. Początkowo ich działania koncentrowały się na terenie Turca, w lasach Wielkiej i Małej Fatry. Partyzanci utrzymywali łączność z Kijowem, a konkretnie z Ukraińskim Sztabem Ruchu Partyzanckiego, kierowanym przez funkcjonariusza NKWD Timofieja Strokacza, i stamtąd otrzymywali rozkazy. Działania partyzantów były znacznie bardziej niekorzystne dla Słowackiej Rady Narodowej i Słowackiego Dowództwa Wojskowego niż dla słowackich władz rządowych. Jedną z grup, która w krótkim czasie stała się znaczącym czynnikiem napędowym i istotną siłą militarną w regionie Turca, dowodził porucznik Piotr Veličko, który spotkał się z Janem Golianem. Golian próbował przekonać Veličkę, że działania partyzanckie przynoszą więcej szkody niż pożytku (bo np. wysadzanie tuneli kolejowych czy niszczenie linii kolejowych na terenach, które znajdowały się na terenie kontrolowanym przez Armię Słowacką bardziej szkodzi organizatorom puczu niż Niemcom), a mordowanie cywilów pochodzenia niemieckiego może spowodować reakcję Niemców na którą zamachowcy nie są jeszcze gotowi. Golian i jego sztab znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji: wysłani do Moskwy kurierzy nie wrócili i nie poinformowali o wynikach swojej misji a dowódcy partyzanccy, z którymi udało mu się nawiązać kontakty, byli w niezrozumiały sposób niechętni do współpracy. Na wszystkie jego prośby i groźby mieli tylko jedną odpowiedź: „Dajcie nam broń przeciwko Niemcom, jeśli nam jej nie dacie, to ją weźmiemy”. Nie dało się ich okiełznać, zatrzymywali pociągi, wysadzali mosty, terroryzowali mniejszość niemiecką, co – biorąc pod uwagę fakt, że Związek Radziecki i Słowacja były w stanie wojny – było działaniem ze wszech miar uzasadnionym z punktu widzenia interesów militarnych i politycznych Związku Radzieckiego. 24 sierpnia Golian zwrócił się do Beneša z pilną prośbą o wywarcie wpływu na partyzantów poprzez Moskwę, aby podporządkowali się jego rozkazom i dyscyplinie oraz przestali działać na własną rękę (Golian – przesłuchiwany przez oficerów niemieckiego wywiadu po tym jak dostał się do niewoli po upadku powstania - zeznał, że przygotowania do wybuchu były „gotowe na 70%”). W tej depeszy Golian bardzo gorzko skarżył się na partyzantów, o których pisał, że było ich około 3000 i charakteryzował ich oskarżeniem, że „często kradną i rabują”. Ale Beneš domagał się za wszelką cenę powstania i pod koniec sierpnia ponownie nawoływał do walki, jakby obawiał się, że Rosjanie naprawdę dostaną się na Morawy bez walki i bez rozlewu krwi. 21 sierpnia, kiedy Rumuni skapitulowali, Beneš telegrafował do SRN: „Patrzcie, co robią Rumuni, to jest ostatni moment, aby zmyć wszystko, co rząd Quislinga i tak zwana niepodległa Słowacja zrobiły przeciwko aliantom”. Po prośbie Goliana, by Londyn poskromił partyzantów przez Moskwę, gen. Ingr, minister obrony londyńskiego rządu czechosłowackiego, doradził współpracę z partyzantami, która miała pozwolić na długi i skuteczny opór. Ingr uzasadniał swoje stanowisko względami natury międzynarodowej, nakazującymi zamanifestowanie przed światową opinią publiczną zaangażowania czechosłowackiego w aktywną walkę z Niemcami. Jak się okazuje, chęć pokazania się przed opinią publiczną kosztem setek zabitych własnych żołnierzy, w czasie II wojny nie była tylko domeną polskich polityków i generałów… Słowacki Sztab Wojskowy nie był entuzjastycznie nastawiony do takich rad, gdyż - w przeciwieństwie do Beneša - polegał na szybkim przejściu Armii Czerwonej przez Słowację i ze wszystkich sił starali się uniknąć walki, chociaż plan Goliana zakładał, że zamach zostanie przeprowadzony także wtedy, gdy Niemcy zaczną zajmować Słowację. Była to jednak alternatywa, której racjonalnie myślący oficer sztabowy, jakim był podpułkownik Golian i jego współpracownicy, nie brali zbyt poważnie pod uwagę. W przeciwieństwie do polityków, którzy potrzebowali walki i ofiar do realizacji swoich celów politycznych, czyli zdobycia władzy. Dla siebie. Być może Veličko by nawet posłuchał argumentów Goliana, ale jego przełożeni z Kijowa mieli inne zdanie a polecenie brzmiało „Kontynuujcie działania partyzanckie, nie wszczynajcie powstania!”. I partyzanci kierowani przez Ukraiński Sztab Ruchu Partyzanckiego w Kijowie zrobili wszystko, by Niemcy w końcu wkroczyli na Słowację…
21 sierpnia 1944 roku oddziały partyzanckie, bez żadnego przeciwdziałania ze strony lokalnych oddziałów armii słowackiej, której większość oficerów zaangażowana była w spisek Goliana, zajęły Sklabiňę, gdzie ogłoszono odrodzenie Republiki Czechosłowackiej. W tej miejscowości przez kilkanaście dni, oprócz partyzanckiej kwatery głównej, znajdowała się też siedziba jednostki kontrwywiadu, która stanowiła także swoisty trybunał wojskowy. W tym czasie rozstrzelano tam około 150 osób narodowości niemieckiej. Morderstwa cywilów narodowości niemieckiej, obywateli słowackich, stanowiły nieodłączny element działalności partyzanckiej, bo skoro nie było oddziałów niemieckich, a wojsko słowackie zachowywało się tak jakby go nie było, to zabijanie bezbronnych cywilów było łatwe. Owszem, zabijanie cywilnych Niemców przez polskie oddziały partyzanckie zdarzało się dość często, ale nie da się porównać okupacyjnej rzeczywistości w Polsce z warunkami panującymi na Słowacji, gdyż były to dwa zupełnie odmienne światy! Taktyka partyzancka jednoznacznie świadczy, że Rosjanie nie dążyli do szybkiego zajęcia Słowacji, dopóki nie było tam Niemców. Spodziewali się również, że armia niemiecka zdziesiątkuje burżuazyjne siły powstańcze, osłabiając tym samym przyszłą opozycję, a w końcu Armia Czerwona wkroczy na Słowację jako wyzwoliciel, zwiększając tym samym prestiż komunistów. Miało to stworzyć warunki do przejęcia władzy przez proletariat (dokładniej mówiąc: przez właściwych przedstawicieli tego proletariatu) w powojennej Słowacji. To się nazywa długofalowe planowanie polityczne. Wprawdzie generał Jozef Turanec, mianowany 1 stycznia 1944 roku, dowódcą wojsk lądowych (historycznym paradoksem jest, że na stanowisko szefa sztabu wojsk lądowych gen Turanec mianował – wbrew opinii słowackiego Ministerstwa Obrony Narodowej – podpułkownika Jana Goliana, który pod jego nosem przygotowywał zamach stanu), robił co było w jego mocy, by podnieść spadające morale żołnierzy słowackich i przeciwdziałać panoszeniu się partyzantów w środkowej Słowacji, ale jego wysiłki były torpedowane przez spiskowców, którzy ostrzegali partyzantów przed działaniami wojsk rządowych. 23 sierpnia Turanec wydał rozkaz utworzenia oddziałów pomocniczych, które miały być do dyspozycji organów administracji publicznej do walki z partyzantami. Niemcy nawet zaoferowali mu swoje oddziały, ale Turanec, znając z frontu wschodniego ich podejście do ludności cywilnej, odrzucił ofertę, bo jak podkreślił „jeśli sami nie będziemy w stanie stawić czoła tym, to zajmą się tym obce mocarstwa i wtedy pozostanie nam tylko utracona niepodległość, hańba, ośmieszenie i prześladowanie”. Antypartyzanckie działania zakończyły się fiaskiem. Dopiero 28 sierpnia 1944 roku Jozef Turanec został – w miejsce F. Čatloša – mianowany Naczelnym Dowódcą Armii. Na tym samym spotkaniu został poinformowany, że na Słowację wkroczą wojska niemieckie, podporządkowane mu jako Naczelnemu Dowódcy, mające zwalczać partyzantów. Następnego dnia Turanec poleciał, mimo ostrzeżeń, do Bańskiej Bystrzycy, gdzie – na polecenie Goliana – został aresztowany a następnie przekazany partyzantom. Oceniając wydarzenia z perspektywy czasu, wydaje się, że jednym z największych błędów J. Tiso było trzymanie na stanowisku Naczelnego Dowódcy Armii gen. Čatloša. Tiso w momencie w którym dostrzegł, że dowództwo wojskowe nic nie robi, a nawet tuszuje działania partyzanckie, powinien zastąpić gen. Čatloša gen Turancem a gdyby to zrobił, nawet na początku sierpnia, nie musiałby prosić Niemców o rozbrojenie słowackiej armii pod koniec sierpnia.
Oprócz mordowania ludności cywilnej pochodzenia niemieckiego czy zwolenników niepodległej Słowacji (27 sierpnia w Breźnie nad Hronomem został zamordowany poseł na Sejm F. Slameň i kilku innych urzędników państwowych), partyzanci niszczyli też tory kolejowe. Podczas gdy terror był psychologicznym ciosem mającym na celu zastraszenie szerokich grup ludności, przeprowadzono akcje sabotażowe miały w celu zakłócenia niemieckiej machiny wojennej. Przez Słowację na front wschodni prowadziły dwie ważne arterie transportowe, którymi do sierpnia 1944 roku odbywał się niezakłócony transport materiałów wojennych na front. Niemieckie dowództwo wojskowe chciało utrzymać te szlaki otwarte, ponieważ spodziewany odwrót z Galicji zależał całkowicie od tych możliwości transportowych. W sierpniu 1944 roku połączenia te zostały w niektórych miejscach przerwane. Partyzanci widząc, że ich akcje nie powodują reakcji ze strony oddziałów rządowych, pozwalali sobie na coraz więcej. 27 sierpnia 1944 roku został zajęty przez żołnierzy miejscowego garnizonu wojskowego i partyzantów Rużomberk. Stał się tym samym pierwszym miastem powiatowym zajętym przez powstańców, jeszcze przed wybuchem samego powstania. Niemcy posiadali w Rużomberku fabrykę lawet armatnich, więc zajęcie tego miasta (pomijając fakt, że po zajęciu Rużomberka, partyzanci i żołnierze rozstrzelali około stu żołnierzy niemieckich i pojmali 67 członków Deutsche Partei – partia mniejszości niemieckiej na Słowacji - którzy zostali uwięzieni na noc, a następnego ranka wraz z około 20 innymi uwięzionymi cywilami z Rużomberka, oskarżonymi o współpracę z nazistami, zostali rozstrzelani) nie mogło pozostać niezauważone. Jak zeznawał w Norymberdze SS-Obergruppenführer Gottlob Berger, naczelny dowódca niemiecki na Słowacji w czasie powstania „Decydującym czynnikiem był Rużomberk. Nie cała Słowacja była ważna, tylko Rużomberk. Dlaczego? Ponieważ cała produkcja lawet z Rzeszy została przeniesiona do Rużomberku, a 962 gotowe lawety zostały zmagazynowane w Rużomberku. ... Dlatego dywizja Tatra na północy i oddział Schäfera zostały rozmieszczone, aby jak najszybciej zdobyć Rużomberk i linię kolejową do Kostoľan i jednocześnie przetransportować 60 000 dzieci ze Słowacji.”. Pomijając względy strategiczne dotyczące odblokowania linii kolejowych, dla niemieckiej interwencji duże znaczenie miało mordowanie przez partyzantów obywateli słowackich pochodzenia niemieckiego (Rzesza naprawdę dbała o swoich obywateli) oraz fakt, że na Słowacji w obozach wypoczynkowych przebywało ok. 60 tys. dzieci ze zbombardowanych niemieckich miast, a partyzanci np. w Ľubochnie wymordowali ochronę takiego obozu. Dokładnie mówiąc: gdy Niemcy (18 + kobieta-telefonistka) się poddali zostali rozstrzelani. Oczywiście, by ładniej brzmiało, strażnicy zostali, pośmiertnie, mianowani członkami SS. Swoją drogą, gdy się czyta wspomnienia uczestników powstania pochodzące z tzw. poprzedniej epoki, to każdy zastrzelony Niemiec, jeżeli nie był funkcjonariuszem Gestapo, to z pewnością musiał być członkiem SS…
W polskiej literaturze dotyczącej okresu poprzedzającego wkroczenie oddziałów niemieckich na Słowację i wybuchu powstania bardzo często jako przyczynę tych działań podaje się wymordowanie 28 sierpnia w Martinie członków niemieckiej misji dyplomatycznej wracającej z Bukaresztu kierowanej przez gen. Paula von Otto. Andrzej Olejko w książce „Dukielski sak” wydanej w 2025 roku pisze „W chwili, gdy pociąg wiozący niemiecką misję wojskową z Królestwa Rumunii do III Rzeszy 28.08.1944 r. został wysadzony w powietrze na dworcu kolejowym w Martinie, dzień później OKH rozkazało wkroczyć niemieckim dywizjom na teren satelickiego Państwa Słowackiego”. Jako, że celem tego artykułu jest pisanie o faktach, sądzę, że warto przytoczyć ustalenia dokonane przez słowackiego historyka Jozefa Považsky'ego zamieszczone w wydanej w 1996 roku książce „Koniec legendy o misii generala Paula von Otta”. „Misja generała Otto” nie była misją, lecz grupą wojskową powracającą z Rumunii do Niemiec przez terytorium Słowacji pociągiem ekspresowym R17 Bukareszt-Berlin. Co więcej, nie dowodził nią żaden generał, lecz podpułkownik Walter Otto. Grupie (24 osoby) towarzyszyły żona podpułkownika Otto z dwoma córkami w wieku 8 i 14 lat oraz jeszcze jedna kobieta i dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. 27 sierpnia 1944 roku pociąg został zatrzymany na stacji Martin pod pretekstem uszkodzonych torów. Podpułkownik Otto poprosił o połączenie z ambasadą Niemiec w Bratysławie, ale linia telefoniczna została wcześniej uszkodzona. Kiedy Otto nie mógł skontaktować się z Bratysławą, poprosił o połączenie z dowódcą najbliższego garnizonu wojskowego. Republika Słowacka była nadal sojusznikiem Niemiec, więc Otto prosił dowódcę garnizonu Martin, ppłk. Emila Perko, o przyjęcie jego grupy do czasu, aż pociąg będzie gotowy do dalszej podróży. Niemiec nie miał pojęcia, że rozmawia właśnie z dowódcą puczystów w rejonie Turcy. Podpułkownik Perko niedawno obiecał podpułkownikowi Golianowi, że garnizon wojskowy w Turcu zachowa się w taki sposób, aby nie dać Niemcom powodu do militarnej okupacji kraju, tak aby powstanie mogło zostać zorganizowane według korzystniejszego „planu A” – z udziałem Armii Czerwonej. Taką samą obietnicę Golian otrzymał od dowódcy 1. Czechosłowackiej Brygady Partyzanckiej Piotra Velički. Perko próbował pozbyć się niemieckiego oficera i jego grupy ale pod koniec rozmowy telefonicznej został poinformowany przez kolejarzy o przybyciu na stację partyzantów, których celem było rozbrojenie i schwytanie Niemców. Takie działanie mogłoby zostać uznane przez Rzeszę Niemiecką za wystarczający powód do okupacji kraju, więc podpułkownik Perko natychmiast wysłał porucznika Cyrila Kuchtę z kilkoma żołnierzami na dworzec kolejowy. Miał on tylko jedno zadanie – zapobiec zatrzymaniu niemieckiej grupy na dworcu i, w idealnym przypadku, skierować ich pociąg w stronę Rzeszy. Porucznik Kuchta miał bardzo dobre relacje z partyzantami (przekazywał im broń) i udało mu się przekonać partyzantów, aby nie rozbrajali grupy na dworcu kolejowym. Ostatecznie grupa Waltera Otto została doprowadzona do koszar w Martinie, gdzie została zakwaterowana na noc pod pretekstem, że rano pociąg ekspresowy zostanie wysłany nową trasą do Rzeszy. W rzeczywistości chodziło tylko o zyskanie czasu na opracowanie bezpiecznego planu rozbrojenia grupy, a następnie przekazania jej partyzantom. Pomimo zastrzeżeń podpułkownika Perko, postanowiono, że niemiecka grupa zostanie rozbrojona następnego ranka, a następnie partyzanci przybędą do koszar i zatrzymają Niemców w sposób, który będzie wyglądał na zasadzkę. Miało to zamaskować udział armii w przygotowaniach do powstania. Schwytani Niemcy mieli być eskortowani przez partyzantów do Kijowa na przesłuchanie, co należy między bajki włożyć, bo niby jaką drogą (lądową? lotniczą?) miano by tę grupę przewieźć do Kijowa? Jakie wiadomości, ważne dla radzieckiego wywiadu, mogła posiadać 8-letnia dziewczynka? Należy przyjąć, że cały problem nie polegał na rozbrojeniu tej grupy, tylko na tym, gdzie zostanie zlikwidowana i przez kogo: podpułkownik Perko, chciał, aby zrobili to partyzanci poza koszarami, a dowódca oddziału partyzanckiego Piotr Veličko chciał, by zrobili to żołnierze słowaccy na terenie koszar i dlatego wydał taki rozkaz porucznikowi armii słowackiej Cyrylowi Kuchcie w obecności jego przełożonego podpułkownika E. Perko. I porucznik C. Kuchta, ten rozkaz wykonał wychodząc widocznie z założenia, że bardziej mu się opłaci słuchanie poleceń wydawanych przez przywódcę partyzantów niż swego dowódcę. 28 sierpnia 1944 roku, około godziny 7 rano, gdy Niemcy przygotowywali się do odejścia, na dziedzińcu koszar czekali już na nich – pod pretekstem ćwiczeń z obsługi karabinów maszynowych - żołnierze słowaccy, których zmobilizował por. Kuchta. Na okrzyk Kuchty „ręce do góry”, część Niemców podniosła ręce, a jeden z nich sięgnął po broń. Żołnierze otworzyli ogień z karabinów maszynowych i po kilku sekundach wszyscy Niemcy już leżeli na ziemi. Porucznik Kuchta uniknął rozstrzelania razem z Niemcami tylko dlatego, że rzucił się na ziemię zaraz po rozpoczęciu strzelaniny. Według relacji naocznych świadków, na miejscu zginęło ok. dwudziestu Niemców, w tym jedna kobieta. Druga kobieta i dwoje dzieci odniosły jedynie lekkie obrażenia. Im i pozostałym rannym Niemcom udzielono pierwszej pomocy w ambulatorium wojskowym, a następnie przewieziono do szpitala. Kobieta i dzieci miały zostać wysłane do Niemiec po leczeniu. Wszyscy jednak zostali rozstrzelani przez partyzantów i do dziś nie wiadomo, dlaczego i na czyj rozkaz. Rozstrzelanie i późniejsza egzekucja pozostałych Niemców wywołały sprzeczne reakcje wśród mieszkańców Sklabiňy, którzy obawiali się niemieckich represji. Po zajęciu Turca przez oddziały niemieckie, Niemcy odkryli masowy grób, gdzie pochowano grupę. Za każdego członka grupy Otto życiem zapłaciło dwóch Słowaków, a ponieważ grupa liczyła 24 członków, Niemcy rozstrzelali 48 słowackich cywilów. Bezpośredni sprawcy masakry grupy Waltera Otto już zdążyli uciec, a później mogli pisać wspomnienia o swojej bohaterskiej walce… Oczywiście, gdyby ktoś chciał poznać inną wersję wydarzenia, przedstawiam opis zamieszczony w „Rzeczpospolitej” nr 279 (1845) z 11 października 1949 roku, gdzie w artykule „Wielkie dni bojów o Przełęcz Dukielską” napisano: „/…/ Tymczasem w 3 tygodnie po konferencji w Moskwie, gdzie ustalono najdokładniej koordynację akcji czechosłowacko-radzieckiej i moment powstania – wypadki przybrały nieoczekiwany obrót. 28 sierpnia, gdy Gestapo i policja Tisy w Turczańskim Świętym Młynie pociąg z dygnitarzami hitlerowskimi uciekającymi z Rumunii, rewizja wykryła broń i amunicję, przewożoną dla podziemnej organizacji słowackiej. Wywiązała się poważna strzelanina. Kilku uciekinierów z Rumunii, nota bene sztabowców, zostało zabitych. Po tym wydarzeniu niemieckie oddziały wkroczyły na teren Słowacji, a wtedy - dowództwo podziemnej armii musiało dać sygnał do walki zbrojnej. /…/”. Aż dziw bierze, że niektórzy polscy historycy nie przedstawiają takiej wersji wydarzenia…
Jak już wspomniano wyżej, podstawowym powodem do niemieckiej interwencji na Słowacji było zajęcie Rużomberka oraz obawy Karla Hermanna Franka, Wyższego Dowódca SS i Policji w Protektoracie Czech i Moraw, że działania partyzanckie mogą się przenieść na teren Protektoratu. O propozycji przemieszczenia wojsk niemieckich na terytorium Słowacji, prezydenta Tiso poinformował ambasador Niemiec w Bratysławie Hans Ludin, który zaproponował ponadto demobilizację niektórych niepewnych słowackich jednostek wojskowych. Słowacki rząd zakładał, że wdrożenie niezbędnych środków przeciwko partyzantom będą realizowane przez armię słowacką we współpracy z wojskiem niemieckim, zgodnie ze specjalnym porozumieniem międzypaństwowym słowacko-niemieckim. Wojska niemieckie, które przybyłyby na Słowację, zostałyby więc podporządkowane dowództwu Naczelnego Wodza Armii Słowackiej i przebywały tu przez czasu, który Naczelny Dowódca Armii Słowackiej uzna go za wskazany. Oddziały niemieckie miały być rozmieszczone w różnych miejscach ważnych dla produkcji i transportu wojennego.
29 sierpnia był zatem dniem, gdy trzeba było oficjalnie ogłosić słowackiej opinii publicznej, co było już wszystkim nieoficjalnie znane, tj. że państwo słowackie nie może już sobie pozwolić na bezkarne wyczyny partyzantów i że trzeba będzie odpowiedzieć na ich działania w zrozumiałym dla nich języku. Bolesną stroną tego komunikatu było przyznanie, że te interwencje muszą być przeprowadzane przez Niemców dla Słowaków i w słowackim interesie. Ponieważ była to przede wszystkim interwencja zbrojna, a armia słowacka w obliczu zagrożenia ze strony wroga dowiodła jedynie głębokości swojej wewnętrznej demoralizacji, tę historyczną decyzję ogłosił narodowi minister obrony narodowej gen. Ferdinand Čatloš. W rzeczywistości Čatloš przeczytał tylko przemówienie, którego nie był autorem. Jednak okoliczności, w jakich przemówienie zostało wygłoszone, i konsekwencje, jakie miało dla rozwoju innych wydarzeń, czynią z niego ważne historyczne wydarzenie o którym należy wspomnieć. Przemówienie Čatloša skierowane było do oficerów i żołnierzy armii słowackiej oraz obywateli państwa słowackiego. Oznajmił w nim, że partyzanci, którzy zostali zrzuceni na Słowację przez wroga, zakłócają pokojowe budowanie państwa słowackiego, napadają i rabują Słowaków z ich własności narodowej oraz w haniebny sposób zabijają i mordują bezbronnych ludzi. Ponieważ Słowacy nie są w stanie samodzielnie przezwyciężyć tej „piekielnej wściekłości”, na Słowację napływają jednostki armii niemieckiej. Każdy porządny słowacki żołnierz, każdy odważny słowacki obywatel wesprze ich i pomoże niemieckim żołnierzom, którzy przyjeżdżają na Słowację jako przyjaciele Słowaków. Z pomocą armii niemieckiej Słowakom uda się odeprzeć ten podstępny atak wroga i przywrócić porządek i pokój na całej Słowacji, tak jak to miało miejsce wcześniej. Čatloš wygłosił przemówienie, a następnie uciekł na stronę powstańców, gdzie został zatrzymany, przekazany partyzantom i wywieziony do ZSRR.
O wkroczeniu oddziałów niemieckich na teren Słowacji przywódcy puczystów dowiedzieli się ok. godz. 15-tej 29 sierpnia 1944 roku. Mimo tego, że jeden wariant planu zamachu zakładał akcję zbrojną w momencie wkroczenia Niemców, przywódcy puczu postanowili poczekać na radiowe przemówienie Čatloša, gdyż zakładali, iż rząd słowacki wyda rozkaz zbrojnego oporu. Hasło do przeprowadzenia puczu „Rozpocznijcie wypędzanie” zostało wydane dopiero po przemówieniu Čatloša. W każdym garnizonie znajdowało się kilku oficerów wtajemniczonych w przygotowania, którzy mieli przejąć władzę i utrzymać porządek. Rezultat był jednak daleko niezadowalający, bo znakomita większość słowackich garnizonów stając przed wyborem, czy poprzeć rebeliantów czy posłuchać głosu ministra obrony narodowej, posłuchała głosu ministra i nie przystąpiła do powstania. Prawdopodobnie zamach stanu skończyłby się niczym, gdyby nie pijany major Mirko Vessel, który postanowił znaleźć osobę, która w radiu ogłosi narodowi słowackiemu wybuch powstania. Problem polegał jednak na tym, że w Bańskiej Bystrzycy nie było żadnego przedstawiciela SRN, która mogłaby poinformować o wybuchu „spontanicznego” powstania. Apel w którym znalazły się m.in. takie sformułowania „/…/ Zdradziecki rząd Bratysławy… chciałby zmusić słowackiego żołnierza do walki z naszymi i rosyjskimi spadochroniarzami i partyzantami, którzy przybyli na Słowację, aby pomóc nam bronić naszej ojczyzny przed germańskimi gwałcicielami, mordercami i bandytami. Nie zrobimy tego, wręcz przeciwnie, podniesiemy przeciwko nim broń. Wzywamy naród do tej walki…” został opublikowany w imieniu samozwańczego Rewolucyjnego Słowackiego Komitetu Narodowego na którego czele stał Vavro Šrobár, w bystrzyckim radiu o godzinie 11-tej 30 sierpnia 1944 roku. W końcu w Londynie mogli odetchnąć z ulgą, bo mieli swoje wymarzone powstanie… Proklamacja Šrobára postawiła Goliána przed faktem dokonanym. I chcąc nie chcąc wydał rozkaz nr 29.154/1944 z 30 sierpnia, w którym „w imieniu dowódcy armii słowackiej na Słowacji, będącej częścią czechosłowackich sił obronnych, gen. Viesta” zwraca się do wojska, rezerwistów, żandarmerii, policji i straży granicznej, wzywając ich „do walki z Niemcami”. Wkrótce opanowana przez zamachowców rozgłośnia w Bańskiej Bystrzycy zaczęła nadawać komunikaty o wkroczeniu na Słowację oddziałów węgierskich czy o zamordowaniu przez Niemców prezydenta Słowacji Jozefa Tiso, licząc, że takie informację skłonią wahających się żołnierzy słowackich do walki. Wszystko w zgodzie ze znanym powiedzeniem, że w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone… Warto może dodać, że wysłani przez Słowacką Radę Narodową i Słowacki Sztab Wojskowy kurierzy wysłani do Rosjan wrócili dopiero 4 września. Ferjenčík wrócił z pustymi rękami, ale – reprezentujący komunistów – Karol Šmidke przywiózł instrukcje, które przekazał mu K. Gottwald i inni członkowie kierownictwa partii komunistycznej rezydujący w Moskwie.
Zapewne całkowitym zaskoczeniem dla spiskowców było wieczorne radiowe wystąpienie prezydenta Słowacji J. Tiso, po którym liczba słowackich żołnierzy, którzy uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest pójście do domu i przeczekanie, gwałtownie wzrosła (w czasie procesu J. Tiso oskarżyciel twierdził, że przemówienie miało wartość 4 dywizji). Zwłaszcza, że Tiso obiecał ułaskawienie dla tych, którzy przystąpili do powstania zwabieni oszustwem. W polskiej literaturze podkreśla się niejednokrotnie, że armia powstańcza w połowie października, gdy już powstanie trwało, liczyła ok. 50 tys. żołnierzy. Zapewne przez przeoczenie zapomina się dodać, że armia słowacka w momencie wybuchu powstania liczyła ok. 90 tys. żołnierzy a do powstania przyłączyło się 18 tys. z nich. Pozostali pozwolili bez wystrzału rozbroić się Niemcom, rozeszli do domów uznając, że to nie ich wojna albo pozostali wierni rządowi wstępując do Gwardii Krajowej (tak np. zrobili żołnierze garnizonu w Nitrze dowodzonym przez podpułkownika Jana Šmigovský'ego). Nie wspomina się też, że rebelianci rozstrzeliwali żołnierzy, którzy nie chcieli brać udziału w puczu czy też oficerów wiernych rządowi słowackiemu (np. w Ľubietovej zostało przez rebeliantów zastrzelonych 6 oficerów armii słowackiej, którzy zachowali wierność rządowi słowackiemu)… Wzrost liczebności sił powstańczych wynikał z dwukrotnie przeprowadzonej mobilizacji na terenach zajętych przez rebeliantów, gdzie w drugim przypadku za uchylanie się od służby wojskowej groziła kara śmierci co też dyskretnie pomija się milczeniem. Faktem jednak jest, że w krótkim czasie środkowa Słowacja została zajęta przez siły powstańcze a naczelne dowództwo powstania ulokowało się w Bańskiej Bystrzycy. Przeciwko powstańcom zostały rzucone jednostki niemieckie i jednostki słowackie, wierne rządowi J. Tiso. Niektórzy polscy historycy piszą, że Niemcy do tłumienia powstania użyli aż 8 dywizji zapominając podać informację o liczebności tych jednostek. W 1944 roku – co warto wiedzieć – zarówno w Wehrmachcie, jak i Waffen SS używano powiedzenia „Schatttendivision”, jako określenia na to co kiedyś było dywizją a teraz jest jej cieniem. Przez cały okres walk, powstańcy mieli przewagę liczebną nad siłami niemieckimi. Problemem powstańców było jednak to, że po ich stronie brały udział dwie oddzielne siły zbrojne, które nie koordynowały swoich działań. Wystarczy może napisać, że partyzanci, których siły ocenia się na 18 tys. ludzi nigdy nie podporządkowali się Golianowi i w dalszym ciągu słuchali rozkazów Ukraińskiego Sztabu Partyzanckiego. Niemcy zatem spokojnie i systematycznie mogli zajmować kolejne tereny w czym pomagała im Gwardia Krajowa, bo taką nazwę nosiła zreorganizowana armia wierna rządowi słowackiemu. O tym, że w słowackim powstaniu po obu stronach walczyli Słowacy, bo była to wojna domowa jakoś się zbyt głośno nie mówi… Podobnie jak nie mówi się o zamordowaniu przez powstańców ok. 2500 cywilnych Niemców, obywateli Słowacji, o zabijaniu cywilów słowackich, działaczy partii ks. Tiso czy księży… A potem Niemcy stłumili powstanie i przeprowadzali akcję represyjną. I co ciekawe, że nawet historycy słowaccy, na których postać Tiso, działa niczym przysłowiowa płachta na byka, są zmuszeni przyznać, że skala tych represji była ograniczona, co było zasługą właśnie Józefa Tiso.
Jeżeli wystąpienie prezydenta Słowacji było zaskoczeniem, to szokiem dla wojskowych organizatorów puczu było radiowe wystąpienie gen. Augustina Malara, dowódcy tzw. Armii Wschodniosłowackiej, zwłaszcza, że 16 sierpnia 1944 r. Malár z udziałem pułkownika Viliama Talský'ego, omówili ze Słowacką Radą Narodową ostatnie szczegóły przejścia dwóch wschodniosłowackich dywizji na stronę Rosjan, gdy tylko Rosjanie ruszą do akcji. Jego słowa były skierowane głównie do żołnierzy, którzy zostali podstępem zwabieni do udziału w puczu. W swoim przemówieniu Malár ujawnił swoje stanowisko i dosłownie zszokował wszystkich sympatyków ruchu oporu: „ Stójcie! Zawracajcie! Maszerujcie do garnizonów macierzystych, do swoich jednostek! Wszystko jest zbyt pochopne, nieprzemyślane i może doprowadzić naszą piękną, dotąd mało dotkniętą wojenną dewastacją, kochaną Słowację tam, gdzie jej nie chcemy, czyli do wojennego szału ”. W dalszej części przemówienia definitywnie podważył resztki zaufania, jakie wciąż żywił do jego osoby po stronie niemieckiej, a jednocześnie przypieczętował swój los: „ Dlaczego nie poczekać, aż sprawy same dojrzeją, a potem, zgodnie z okolicznościami, działać razem? Tak głosi zdrowy instynkt samozachowawczy małego narodu ”. Później gen. Malár poleciał samolotem do Preszowa, po wylądowaniu został zatrzymany przez Niemców i jego rola w powstaniu słowackim się zakończyła.
Według polskich, i nie tylko polskich historyków, o militarnym losie powstania przesądziło rozbrojenie przez Niemców oddziałów Armii Wschodniosłowackiej przez co powstanie od początku objęło niewielki obszar środkowej Słowacji i narzuciło powstańcom tzw. wariant obronny. Z losem tej Armii ściśle jest związana decyzja pułkownika Viliama Talsky'ego, zastępcy dowódcy, który w nocy z 30 na 31 sierpnia 1944 roku poleciał na stronę rosyjską, by spotkać się z dowódcą 1 Frontu Ukraińskiego Iwanem Koniewem celem uzgodnienia działań operacyjnych. Pułkownik V. Talsky uważał pełną współpracę z Armią Czerwoną za główny warunek sukcesu przyszłego powstania. Jego założenie były słuszne, ale konieczne było nawiązanie ze sztabem 1 Frontu Ukraińskiego, które oddziały znajdowały się najbliżej granic Słowacji, współpracy na poziomie operacyjnym. Talsky naciskał, zarówno na podpułkownika Goliana, jak i na generała Malara, by wysłać przedstawicieli celem uzyskania współpracy operacyjnej. Jednak Golian, jak i Malar odrzucili jego propozycję. Informację o puczu Talsky otrzymał rano 30 sierpnia. Nie został ogłoszony stan podwyższonej gotowości jednostek. Pomimo hasła powstania, oficerowie lojalni wobec rządu Tiso nie zostali internowani, bo wprawdzie opracowano wytyczne dotyczące postępowania po otrzymaniu hasła, ale nikt ich nie przestrzegał. Zresztą nie było żadnego połączenia między sztabem Goliana w Bańskiej Bystrzycy a sztabem w Preszowie, które umożliwiałoby niezbędną komunikację, co pod znakiem zapytania stawia tezę o znaczeniu Armii Wchodniosłowackiej dla powstania. Warto może zauważyć, że podpułkownik Golian, szef Słowackiego Sztabu Wojskowego nigdy osobiście nie rozmawiał z gen. Malárem o przygotowaniu powstania…
Jako, że dowódca Armii Wschodniosłowackiej gen A. Malar był nieobecny, Talsky zwołał naradę na której byli obecni przedstawiciele 1 dywizji, gdyż dowódca 2 dywizji pułkownik Tatarko poinformował, że słucha wyłącznie rozkazów gen. Malara i na spotkanie nie przybył. Ustalono, że do sztabu 1 Frontu Ukraińskiego poleci major E. Polk, aby zapewnić pomoc Armii Czerwonej poprzez atak w stronę Przełęczy Dukielskiej. Realnie oceniając stan jednostek Armii Wschodniosłowackiej uznano, że w ciągu 2 dni (do 2 września) oddziały zostaną przegrupowane i będą gotowe do działań na kierunku Dukla – Krosno (1 dywizja) i Czeremcha – Rymanów (2 dywizja). W przypadku, gdyby Armia Czerwona nie rozpoczęła ofensywy w najkrótszym możliwym czasie, planowano działania obronne na miejscu a w ostateczności przedarcie się do środkowej Słowacji. Plan nie zakładał interwencji niemieckiej i zakładał, że Rosjanie są gotowi do akcji natychmiast. I to były jego minusy. Radiowe przemówienie gen. Malára, w którym nakazał swoim oficerom w Preszowie, aby nic nie robili do jego powrotu wszystkie ustalenia uczyniło nieaktualnymi. Postawmy się na chwilę w roli pułkownika Taklsky'ego… Dowódca Armii, niezwykle popularny wśród żołnierzy i oficerów, apeluje, by żołnierze zostali w koszarach przez co eliminuje się z kandydowania na stanowisko dowódcy powstania; oficerowie nie słuchają rozkazów Talsky'ego; major Polk, który miał odlecieć do Koniewa czeka na instrukcję od partyzantów a piloci, którzy postanowili przelecieć na stronę rosyjską (27 samolotów, czyli cała grupa lotnicza mająca wspierać Armię Wschodniosłowacką) nie chcą czekać, bo boją się niemieckich myśliwców. Talsky podejmuje zatem decyzję, że poleci na stronę rosyjską, by spotkać się ze sztabem Koniewa celem uzgodnienia szczegółów współpracy operacyjnej między Armią Czerwoną a Armią Wschodniosłowacką. Zakłada, że wróci w ciągu 48 godzin a na ten okres dowództwo przekazuje pułkownikowi Josefowi Husárovi. Ta decyzja kosztowała go wyrok 15 lat więzienia w którym zmarł w 1953 roku… We Lwowie został przyjęty przez komendanta miasta, generała Smirnowa, którego poprosił o poinformowanie marszałka Koniewa o wydarzeniach we wschodniej Słowacji. Talsky dotarł do Koniewa 1 września 1944 roku. Ten wysłuchał propozycji Talsky'ego dotyczących wspólnych działań w rejonie Przełęczy Łupkowskiej i Dukielskiej. Odpowiedział, że musi poznać stanowisko Moskwy, co może zająć od dwóch do trzech dni. Talsky poprosił Koniewa o wysłanie oficerów łącznikowych do dywizji wschodniosłowackich i jak najszybsze przetransportowanie go na Słowację. Próbował nawiązać łączność radiową z Preszowem ale odpowiedzią była złowieszcza cisza. Dwa dni później, czyli 3 września, Koniew poinformował Talsky'ego o sytuacji we wschodniej Słowacji, co pozwala przyjąć tezę, że Rosjanie, wbrew opiniom niektórych historyków, doskonale wiedzieli, co się dzieje na Słowacji, która dla ich służb wywiadowczych nie była jednak „białą plamą” a wszystkim grupom rozpoznawczym, które Rosjanie wysyłali na Słowację na masową skalę, nie wyczerpały się nagle baterie do radiostacji… Nawet, gdyby przyjąć te karkołomne tezy za prawdziwe, to należy pamiętać, że o rozbrojeniu Armii Wchodniosłowackiej Rosjanie byli też informowani przez przedstawicieli rządu Beneša w Moskwie…
W mitologii powstańczej, gdy szukano usprawiedliwienia dla upadku powstania, wykreowano 2 dywizje piechoty stanowiące rdzeń Armii Wschodniosłowackiej na jednostki niemalże elitarne, od których postawy zależały losy powstania. Cóż… Zgodnie ze znanym powiedzeniem, jeżeli fakty się nie zgadzają to tym gorzej dla faktów. Fakty są zaś takie, że obie te dywizje miały po około 50% stanów etatowych, czyli de facto były na stopie pokojowej, zajmując się od wiosny 1944 roku budową umocnień. Niewiele lepiej przedstawiała się sytuacja ze środkami transportu, zarówno końmi, jak i samochodami, wyposażeniem w broń przeciwpancerną czy zapasami amunicji, które starczały na krótką walkę. Jeszcze gorzej przedstawiało się morale żołnierzy, którzy z Rosjanami nie chcieli walczyć, a z Niemcami bali się walczyć, zdając sobie sprawę z przewagi technicznej jednostek niemieckich. Większość żołnierzy chciała cało i zdrowo powrócić do domu. Przypomnieć należy, że według planu Čatloša, Rosjanie ofensywę w kierunku przełęczy karpackich mieli zacząć w połowie stycznia, więc było jeszcze sporo czasu na przygotowania.
Niemcy, przewidująco, przygotowania do rozbrojenia tych dywizji rozpoczęli natychmiast po wydarzeniach w Rumunii. Za rozbrojenie 1 dywizji odpowiadała grupa bojowa Mathias a za rozbrojenie 2 dywizji grupa bojowa gen. Ernsta von Bauera. Rozkaz o rozbrojeniu tych dywizji został wydany 31 sierpnia o godz. 13.08. Cała operacja została przeprowadzona bardzo sprawnie i bez wystrzału. Ok. 17 tys. żołnierzy słowackich zostało internowanych. Podpułkownik Vogl zebrał wokół siebie grupę ok. 2 tys. żołnierzy z którymi zamierzał przedrzeć się do powstańców w środkowej Słowacji, ale po kilku dniach z całej grupy zostało ok. 150 osób, bo reszta rozeszła się do domu (niektórzy historycy piszą, że zostało tylko 60…). Niemcy na tereny, które zgodnie z porozumieniem zawartym między F. Čatlošem a W. Keitlem (szefem OKW), miały bronić oddziały słowackie, wprowadzili własne jednostki, które zajęły stanowiska opuszczone przez Słowaków.
W polskiej publicystyce historycznej podaje się przeróżne wyjaśnienia, dlaczego Rosjanie zdecydowali się na operację w stronę Słowacji m.in. przez Przełęcz Dukielską i przyczyny dla których Operacja Dukielsko-Preszowska zakończyła się porażką. Podstawowym wyjaśnieniem jest: bo chcieli pomóc powstańcom a o przyczynach zdecydowały: mało czasu na przygotowania, rozbrojenie Armii Wschodniosłowackiej, warunki klimatyczne i teren. Oczywiście, nie udziela się odpowiedzi, dlaczego chcieli pomóc. Chcieli pomóc i kropka! Czasami podaje się, że chcieli pomóc, bo w 1943 r. podpisali z rządem Beneša traktat, ale pomija się to, że rząd Beneša nie zwrócił się oficjalnie do ZSRR o militarną pomoc dla powstańców, a jego przedstawiciele protestowali przeciwko takim sugestiom. O pomoc zwrócił się ambasador Fierlinger działając wbrew instrukcjom rządu Beneša.
Warto przypomnieć, że plan, a nawet dwa plany (Čatloša i Goliana) dotyczące współpracy z Armią Czerwoną Rosjanie otrzymali na początku sierpnia, gdy kurierzy wiozący te dokumenty dotarli na stronę rosyjską. Rosjanie mieli zatem wystarczająco dużo czasu, by przygotować założenia operacji, a nawet poinformować albo Čatloša albo Goliana, że ich plan został zaakceptowany i wysłać oficerów łącznikowych celem nawiązania współpracy. Rosjanie tego nie zrobili, a – gdy już Armia Wschodniosłowacka została rozbrojona – postanowili ten plan wdrożyć w życie. Trudno zatem mówić o jakimś zaskoczeniu, które jednak jest bardzo dobrym wytłumaczeniem do tego, że Operacja Dukielsko-Preszowska zakończyła się klęską. Pozostaną wspomnienia i opowieści o tej operacji jako przykładzie pomocy dla powstańców słowackich, co kosztowało życie kilkunastu tysięcy żołnierzy, którzy polegli. Gdyby tylko martwi mogli pomóc, byłaby to naprawdę wzruszająca pomoc…
Iwan Koniew, dowódca I Frontu Ukraińskiego, na którego obszarze operacyjnym znajdowały się Karpaty, nie miał zamiaru atakować przez to pasmo górskie, bo w rosyjskiej pamięci pozostały jeszcze ogromne straty poniesione przez armię rosyjską podczas forsowania tego pasma górskiego w 1914 roku. W 1944 roku sytuacja była jeszcze bardziej niekorzystna, bo wojska radzieckie nie miały doświadczenia w walce w terenie górzystym, który jest prawie całkowicie nieprzejezdny dla czołgów i ciężkiej broni. Gdy zatem, wraz z upadkiem Rumunii, Armia Czerwona dotarła niemal na skraj Niziny Węgierskiej, dowództwo rosyjskie planowało ominąć Słowację, maszerując przez Nizinę Polską na północy (przez Kraków do Ostrawy) i przez Nizinę Węgierską na południu (przez Miszkolc do Budapesztu i Wiednia). Być może, to były te przyczyny militarne dla których Rosjanie odrzucili plany słowackie zakładające otwarcie przełęczy karpackich. Tym trudniej więc zrozumieć, że kilka dni po tym, jak zostały rozbrojone oddziały Armii Wchodniosłowackiej, Rosjanie rozpoczynają ofensywę, której celem jest dokładnie to, co Čatloš i Golian proponowali od miesiąca… Oczywiście, do czasu pełnego otwarcia rosyjskich archiwów, historycy będą mieć tylko fragmentaryczne informacje dotyczące kształtowania się stanowiska Rosjan, które jednak warto przedstawić. Początkowo Rosjanie byli przekonani, że słowackie powstanie jest tylko akcją „burżuazyjno-liberalną” inspirowaną przez rząd Beneša, gdzie najmądrzejszym dla interesów rosyjskich było patrzeć z drugiej strony wzgórz, jak powstańcy walczą z Niemcami (podobnie jak Rosjanie patrzyli, gdy na drugim brzegu Wisły Niemcy likwidowali Powstanie Warszawskie). Powstanie miało jednak wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji a pod wpływem propagandy słowackiej, niemieckiej i rosyjskiej słowa „powstaniec” czy „partyzant” stały się synonimem słowa „komunistyczny”. Ci, którzy przystępowali do powstania, a także ci, którzy byli w nie mniej lub bardziej zaangażowani, uważali, że mogą być tylko komunistami i wyrażali to na zewnątrz. Warto pewnie wiedzieć, że Karol Šmidke, który jako jeden z kurierów został 6 sierpnia 1944 roku dowieziony do Moskwy, miał przy sobie raport sporządzony przez działaczy Komunistycznej Partii Słowacji w którym m.in. napisano „/…/ Chcemy zostać częścią ZSRR. Wszystko inne jest tylko spekulacją […]. Gdyby dzisiaj istniała możliwość przeprowadzenia referendum decydującego o tym, do którego państwa Słowacy chcieliby się przyłączyć, to okazałoby się, że 70% z nich opowiedziałoby się do ZSRR, a 20% za nową Republiką Czecho-Słowacką, cała reszta jest zastraszona i nie może podjąć żadnej decyzji. /…/”. Początkowo zapał komunistyczny był taki silny, że całkowicie zdezorientował komisarzy i emisariuszy Moskwy, którzy poinformowali centralę, że przy odrobinie pomocy, komuniści zdobędą władzę tu i teraz. Pod wpływem tych doniesień, K. Gottwald przedyskutował tę kwestię z G. Dymitrowem, który z ramienia Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego utrzymywał kontakty z innymi partiami komunistycznymi, a następnie wspólnie przedstawili ją J. Stalinowi. Nikt nie wie, co zostało powiedziane na tym spotkaniu, ale 3 września 1944 roku J. Stalin wydał rozkazy I. Koniewowi, dowódcy 1 Frontu Ukraińskiego, aby jak najszybciej ruszył przez Karpaty i połączył się ze słowackimi powstańcami. Jak kiedyś napisał znany wojskowy teoretyk Karl von Clausewitz „wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”…
3 września 1944 roku Iwan Koniew przesłał do Stawki (naczelne dowództwo) plan operacji, który zakładał, że operacja zostanie przeprowadzona przez 38 Armię dowodzoną przez K. Moskalenkę. Mimo tego, że Rosjanie wiedzieli już, że Armia Wschodniosłowacka została rozbrojona, w planie operacji znalazł się punkt mówiący o tym, że w „trzecim dniu” 1 i 2 dywizja słowacka ruszą naprzeciw atakujących jednostek 38 Armii (A. Greczko „Przez Karpaty”). Jako, że Operacja Dukielsko-Preszowska rozpoczęła się 8 września to akcja dywizji Armii Wschodniosłowackiej powinna się rozpocząć 11 września… Plan został zatwierdzony 4 a rozpoczęcie operacji zaplanowano na 8 września. Gen. Moskalenko, dowódca 38 Armii, zaplanował przełamanie linii niemieckiej obrony w następujący sposób: 52 korpus (304, 305 i 340 dywizja) w pierwszym dniu operacji miał zająć Jasło i osiągnąć linię Sieklówka Górna – Jasło – Łężyny; 101 korpus (70 dywizja gwardii i 183 oraz 211 dywizja) na koniec pierwszego dnia miał osiągnąć linię Toki – Równe; 67 korpus (241, 14 i 121 dywizja) miał zająć Krosno i osiągnąć linię Wietrzno – Iwonicz – Rymanów. Drugi rzut 38 Armii, czyli 1 Czechosłowacki Korpus Armijny, miał kontynuować marsz za prawym skrzydłem 67 korpusu w kierunku Krosno-Dukla a po wyjściu w przestrzeń operacyjną 101 korpusu, miał atakować z linii Iwla – Jasionka w kierunku Tylawy i na koniec drugiego dnia osiągnąć linię Tylawa – Wilsznia. 1 Korpus Kawalerii Gwardii gen. Baranowa miał skoncentrować się w rejonie Długie – Chorkówka i w drugim dniu operacji atakować z linii Nowy Żmigród – Głojsce w kierunku na Krempną i Bardejov. 25 Korpus Pancerny gen. F. Anikuszkina miał skoncentrować się w rejonie Machnówka – Bóbrka – las na południe od Zręcina – Chorkówka a drugiego dnia miał atakować z linii Iwla – Dukla w kierunku Ladomirova – Prešov, który miał zająć 4 dnia operacji. Zakładano bardzo wysokie tempo natarcia – 18 km dla dywizji piechoty i 25 kilometrów dla jednostek pancernych dziennie, które radzieccy sztabowcy uznali za realne. W przybliżeniu 38 Armia liczyła sobie ok. 97 tys. ludzi, ok. 1700 dział i moździerzy i ok. 110 czołgów i dział samobieżnych (jako ciekawostkę można podać, że 1 Czechosłowacka Brygada Pancerna miała 11 czołgów T-34, 3 czołgi T-70 i 2 działa samobieżne SU-85; pełny stan etatowy, czyli 52 czołgi T-34/85, 12 czołgów T-34/76, 1 czołg T-70 i 2 działa samobieżne SU-85 osiągnęła w lutym 1945 roku). Jak widać z tego zestawienia, zarówno 1 Korpus Czechosłowacki, jak 1 Korpus Kawalerii Gwardii i 25 Korpus Pancerny znalazły się w drugim rzucie 38 Armii a ich rola miała zacząć się w drugim dniu. Warto też zauważyć, że ponieważ 25 Korpus Pancerny miał być użyty do walki w drugim dniu operacji, to w pierwszym dniu atakującą piechotę wspierały tylko 22 czołgi i działa samobieżne. 38 Armia zamierzała atakować na odcinku 68 kilometrów, ale główny obszar przełamania liczył 8 kilometrów na którym skoncentrowano 6 dywizji. Siły niemieckie przed frontem 38A liczyły ok. 20 tys. żołnierzy i ok. 360 dział i moździerzy.
Jako, że radzieccy sztabowcy nie wzięli pod uwagę terenu przez które miały nacierać oddziały, warto przedstawić kilka informacji o terenowych aspektach pola walki i organizacji niemieckiej linii obrony na interesującym nas obszarze. Góry zawsze stwarzały i będą stwarzać ogromne trudności komunikacyjne z powodu małej ilości dróg, licznych mostów, tuneli czy znacznego nachylenia stoków. Zauważmy, że na terenach górskich drogi przebiegają dolinami a nad nimi wznoszą się wzgórza. Z militarnego punktu widzenia takie drogi bardzo łatwo zablokować prowadząc ogień z tych właśnie wzgórz. Na obszarze planowanej operacji przebiegało 2 drogi rokadowe, czyli leżące wzdłuż linii frontu. Jedną z nich, o której każdy, kto interesuje się bitwą o Przełęcz Dukielską, słyszał była droga Nowy Żmigród – Dukla a drugą taką drogą rokadową była droga Toki – Sulistrowa – Wietrzno. Do drogi Nowy Żmigród – Dukla, której zdobycie pozwalało na rozwinięcie ataku sił szybkich, czyli czołgów i kawalerii, prowadziło kilka dróg poprzecznych z których najważniejsza była droga Sulistrowa – Draganowa – Głojsce. Drugą taką drogą była ta od Łęk Dukielskich przez Pałacówkę do Teodorówki, ale ona była mało przejezdna dla ciężkiego sprzętu typu czołgi czy ciągniki artyleryjskie. Dlatego o powodzeniu bądź niepowodzeniu całej operacji na naszym lokalnym obszarze decydowała droga Sulistrowa – Draganowa - Głojsce. Zawodowi historycy opisujący niektóre fragmenty walki o Przełęcz Dukielską są stosunkowo dyskretni przy opisie niemieckich umocnień. Trzeba naprawdę porównywać kilka źródeł, by coś ciekawego się dowiedzieć… Wbrew przekonaniu niemiecka linia obrony nie wyglądała tak jak linia frontu w czasie I wojny światowej, gdy okopy ciągnęły się od Szwajcarii po Morze Północne. Niemcy w 1944 roku, nie mieli tylu żołnierzy, by taką linię stworzyć. Zresztą nie było do tego większego uzasadnienia. Wyobrażając sobie przebieg działań militarnych zapominamy też o jednej podstawowej rzeczy: w 1944 roku ziemia była uprawiana a lasy stanowiły znakomitą mniejszość. Teraz będąc na jakimś pagórku widzimy tylko lasy i zagajniki, w 1944 roku widziano tylko puste pola ze znakomitym polem ostrzału z broni maszynowej. Niemiecka druga linia leżała ok. 15 km za pierwszą linią obrony i składała się punktów oporu, których załogę stanowiło ok. 20-30 żołnierzy wyposażonych w 4-5 karabinów maszynowych, 2-4 moździerze i 1 lub 2 działa przeciwpancerne. Punkty te były rozmieszczone tak, aby mogły się wzajemnie osłaniać. Były też dodatkowo osłaniane ogniem artylerii i moździerzy oraz zaporami inżynieryjnymi i minami na bezpośrednim podejściu. Kilka czy kilkanaście takich punktów, odpowiednio rozmieszczonych, praktycznie stanowiło zaporę nie do pokonania bez ogromnych strat ludzkich wśród atakujących. Zwłaszcza, że były usytuowane w punktach, które zapewniały im idealną możliwość ostrzału. Walka w terenie górskim z ograniczoną możliwością poruszania się czy transportu ciężkiego sprzętu zawsze daje przewagę stronie broniącej się. I broniące się oddziały niemieckie to wykorzystały, zwłaszcza, że dowodzący Grupą Armii Henrici (1 Armia Pancerna i 1 Królewska Armia Węgierska), której powierzono obronę Karpat, gen, Gotthard Henrici był najlepszym w niemieckich siłach zbrojnych specjalistą od działań obronnych. Jeszcze przed rozpoczęciem ataku 38 Armii, Niemcy zaczęli przerzucać na odcinek, który w opinii ich sztabowców miał być miejscem ataku, jednostki rezerwowe z innych rejonów frontu, których dyslokacja została całkowicie przegapiona przez radziecki wywiad, co się miało srodze zemścić. Już 9 września w rejon Krosna została przerzucona 75 dywizja piechoty, której oddziały zajęły m.in. pozycje na wschodnim krańcu Chorkówki i 1 dywizja pancerną (posiadała na stanie ok. 20 czołgów PzIV, 25 PzV Pantera, 7 dział pancernych StuG III i 13 niszczycieli czołgów Marder).
8 września 1944 roku, o 8.45, po 80-minutowej (niektóre źródła mówią o 125 minutach) nawale artyleryjskiej, rozpoczął się atak w rejonie Chrząstówka-Turaszówka. Atakującym oddziałom radzieckim stosunkowo łatwo udało się przełamać pierwszą linię oporu niemieckiego, gdzie była skoncentrowana główna siła uderzeniowa. Na pozostałych odcinka, gdzie jednostki radziecka były bardziej rozciągnięte a wsparcie artyleryjskie słabsze, niemiecka obrona stawiała zaciekły opór. Niemieckie dowództwo próbowało wycofać jednostki na tzw. pośrednią linię obrony, która została przełamana po południu ale wkrótce rosyjskie natarcie zaczęło zwalniać. Czołowe dywizje 101 Korpusu, który miał największe zyski terenowe w pierwszym dniu natarcia zostały zatrzymane ogniem ze wzgórz na południe od Chorkówki i Machnówki. W tym czasie 67 Korpus toczył ciężkie walki o Krosno (można nawet spotkać się z opinią, że w Krośnie toczyły się walki uliczne, ale oprócz wspomnień Kiryła Moskalenki nikt o tym nie pisze). 52 Korpus (ten, który miał zająć Jasło) został zatrzymany przez niemiecką obronę w rejonie Moderówki, a jego ataki zostały odparte przez grenadierów ludowych z 545 dywizji gen. Otto Obenausa (to ten generał, który – obok Waltera Gentza – podpisał rozkaz o wysiedleniu Jasła). Porównując plany sztabowców Moskalenki wyraźnie widać, że pierwszy dzień operacji nie zakończył się sukcesem. Niemieckie dowództwo zdając sobie sprawę, że przełamanie linii obrony grozi atakiem na tyły wojsk niemiecko-węgierskich walczących na Węgrzech, w błyskawicznym tempie zaczęło przerzucać w rejon walk inne oddziały, np. 8 Dywizję Pancerną (37 czołgów PzIV i 37 czołgów PzV Pantera), która do tej pory skoncentrowana była w rejonie Krakowa oraz mniejsze jednostki, które nie tyle walczyły, co raczej blokowały oddziały słowackich powstańców.
9 września na odcinku bronionym przez niemiecką 75 dywizję piechoty Rosjanom wspieranym przez czołgi udało się przełamać obronę w północno-zachodniej części Krosna i zająć Bóbrkę ale ich dalsze ataki skończyły się niepowodzeniem z powodu rosnących strat (Niemcy m.in. zniszczyli 5 czołgów, a 3 unieruchomili). Z kolei 208 dywizja ostatecznie straciła Chorkówkę. Po południu Rosjanie przebili się przez las na północ od Kobylan, a po ich zajęciu skierowali atak w stronę Łęk. Leśniówka, która kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk i nie została odbita przez oddziały niemieckie do wieczora. Niemieckie jednostki próbowały kontratakami wyprzeć Rosjan z Kobylan i zablokować wyłom na północny-wschód od wsi Glinik Polski. Przeciwko oddziałom radzieckim w rejonie Glinika został skierowany 1. pancerny batalion rozpoznawczy, którego dowództwo objął kapitan doktor Helmut Koehler oraz 1. pułk grenadierów pancernych majora Helmuta Hupperta, które to oddziały stanowiące część składową 1 Dywizji Pancernej, do ranka 10 września zajęły ponownie Glinik i Umieszcz i utworzyły kolejną linię obrony.
Jak już wcześniej zostało napisane, podstawą powodzenia Operacji Dukielsko-Preszowskiej była szybkość działania a niezmiernie ważnym węzłem komunikacyjnym było Krosno. Niemieccy dowódcy zdając sobie z tego sprawę starali utrzymać się to miasto jak najdłużej przez co pozbawili atakujące wojska najlepszej łączności na odcinku przełamania. Jednostki będące w drugim rzucie, które – zgodnie z planem sztabowców 38A – miały wykonać akcje ofensywne w drugim dniu operacji, musiały do rejonu wyjściowego poruszać się jedną drogą. 9 września drogą z Chorkówki do Kobylan jednocześnie przemieszczały się czołgi 25 Korpusu Pancernego, kawaleria 1 Korpusu Kawalerii Gwardii i jednostki 101 Korpusu, w wyniku czego na całej długości powstawały zatory w których utknęły zarówno czołgi, jak i tabory czy artyleria.
W nocy z 8 na 9 września 1 Czechosłowacki Korpus Armijny otrzymał rozkaz przemieszczenia się w rejon Machnówki i Wrocanki. Ponieważ na obrzeżach Krosna dalej toczyły się walki, trzeba było ominąć miasto i posuwać się błotnistymi, wiejskimi drogami na zachód od Krosna. 3 brygada otrzymała rozkaz natarcia wzdłuż osi Czarnorzeki – Odrzykoń – Świerzowa Polska – Wrocanka – Równe a 1 brygada miała podążać tą samą drogą. Tempo marszu wkrótce zaczęło spadać aż kolumny zatrzymały się całkowicie, bo przed nimi były tyłowe jednostki radzieckie. Zmieniono kierunek marszu. Dookoła panował chaos. 9 września rankiem we mgle oddziały 1 brygady minęły Machnówkę i zbliżały się do wzgórza Grodzisko i Dzwonicka. Maszerujące w kolumnach oddziały zatrzymały się ok. 400-500 metrów przed linią niemieckich okopów i czekały. Niemcy otwierają ogień z karabinów maszynowych a część żołnierzy, dla których był to chrzest bojowy, rzuca się do ucieczki. Strzelają do nich nie tylko Niemcy ale i właśni oficerowie, którzy zabijają co najmniej 2 z nich. Niewątpliwie morale po tych wydarzeniach osiągnęło apogeum. W tym czasie jednostki 3 brygady docierają do Wrocanki i dostają się pod nawałę ogniową z dział i moździerzy. Płoną domy, słychać tylko huk wybuchów pocisków, dookoła padają ranni i zabici. Nawała ogniowa wywołuje panikę u niedoświadczonych żołnierzy, którzy rzucają broń i uciekają. W przeciwieństwie jednak do działań oficerów z 1 brygady, tutaj panikę udaje się opanować bez strzelania do swoich podwładnych. O tym historycy kiedyś nie mówili wcale, a teraz nie mówią zbyt wiele, bo wyidealizowany obraz walk o wzgórze 534, gdzie bohaterowie nie zważając na śmierć i cierpienie, atakowali dzień po dniu, mogłoby to trochę popsuć. O tym, że w czasie walk o wzgórze 534, oficerowie zastrzelili co najmniej 12 własnych żołnierzy, którzy nie chcieli atakować lub wycofywali się bez rozkazu jakoś się nie mówi. Podobnie jak i o samookaleczeniach, które pozwalały uniknąć śmierci w bezsensownych atakach. Wszędzie i zawsze będzie się liczyć propaganda a nie fakty. W tym jednym dniu, 9 września, Czechosłowacki Korpus Armijny stracił 611 ludzi: zabitych, rannych i zaginionych. Ten dzień nazwano później „czarnym piątkiem”. Wprawdzie A. Olejko w książce „Dukielski sak” (tom II, str. 120), pisze, że 14 września Korpus dowodzony przez gen. Svobodę poniósł straty dzienne: 1. Brygada: 298 zabitych, 1269 rannych i 306 zaginionych a 2. Brygada: 68 zabitych, 463 rannych i 505 zaginionych, ale to nie są straty dzienne, tylko podsumowanie strat, które Korpus poniósł od początku Operacji Dukielsko-Preszowskiej. Drobna różnica…
Dowódca 1 Frontu Ukraińskiego I. Koniew szuka winnych niepowodzeń i odwołuje dowódcę Czechosłowackiego Korpusu Armijnego gen. J. Kratochvila oraz dowódcę 25 Korpusu Pancernego gen. Anikuszina, powołując w ich miejsce gen. L. Svobodę, dowódcę 1 brygady i płk. Pietrowskiego. Cóż… Gen. Kratochvil przybył z Anglii i był nominowany przez Beneša a Svoboda przybył ze Związku Radzieckiego i nigdy nie odmówił wykonania rozkazu radzieckich przełożonych wysyłając swoich żołnierzy do bezsensownych ataków na nieistotne ze strategicznego punktu widzenia wzgórze 534…
10 września jednostki niemieckiej 1 dywizji pancernej ponownie zajęły Glinik i Umieszcz oraz zatrzymały w rejonie Majscowej atak Rosjan, czym ustabilizowały linie frontu w tym rejonie. Główny ciężar walk w tym dniu przeniósł się w okolicę Kobylan, gdzie niemiecka 75 dywizja tocząc ciężkie walki powoli wycofywała się na południe od czasu do czasu przeprowadzając skuteczne kontrataki. W tych działaniach obronnych wspierały ją czołgi z 1 dywizji pancernej atakujące drogą Toki – Kobylany. Dokładniej mówiąc, kolumna niemieckich czołgów, które ze względu na warunki terenowe nie były w stanie rozwinąć się w szyk bojowy, podjechała w stronę Kobylan i ostrzelała tę miejscowość, a w momencie w którym dostała się pod ostrzał dział przeciwpancernych z lasu nad Sulistrową, wycofała się. Oddziałom Korpusu Czechosłowackiego udało się po ciężkich walkach zająć Pałacówkę a w nocy z 10 na 11 września zająć wzgórze 534. 11 września z obszaru wzgórza rozpoczęto atak w stronę Teodorówki, co na chwilę przerwało drogę Nowy Żmigród – Dukla ale w nocy z 11 na 12 września oddziałom niemieckim z 75 dywizji udało się odzyskać tę wieś i zepchnąć jednostki czechosłowackie w stronę wzgórza 534.
11 września Rosjanom wreszcie udało się zająć Krosno, a oddziały gwardyjskiej 70 Dywizji Strzelców przecięły drogę Nowy Żmigród – Dukla na odcinku niespełna 2 km pomiędzy Łysą Górą i Głojscami. Udało się im zdobyć wschodni kraniec Łysej Góry, ale nie zajęli całej miejscowości. Czołgi 1 dywizji pancernej próbowały atakować drogą Sulistrowa – Iwla ale po utracie 5-7 wozów bojowych zniszczonych ogniem dział przeciwpancernych wycofali się. Niemcy zdając sobie sprawę ze strategicznego charakteru wzgórza 526 (Łysa Góra II), za wszelką cenę usiłowali go zdobyć uznając je za „schwerpunkt” (strategiczny punkt) całej bitwy. Mając w swoich rękach to wzgórze ma się bowiem zarówno wgląd w drogę Nowy Żmigród – Dukla jak i też drogę Sulistrowa – Iwla, która w tym rejonie była de facto jedyną drogą dostępną nie tylko dla czołgów, kawalerii ale też artylerii i taborów. Dowódca I Frontu I. Koniew, uznając, że przerwanie linii frontu stało się faktem, postanowił w ten wyłom wysłać odziały 1 Korpusu Kawalerii Gwardii gen. Baranowa. Późnym wieczorem najdalej na południe wysunięte pułki kawalerii wkroczyły do lasu na wzgórzach na południe od szosy. Na wschód od Łysej Góry w wyłom wszedł 5 pułk kawalerii, który przez wzgórze Łazy wkroczył do Kątów. Kolejne oddziały (6 i 8) przechodziły przez masyw Polany (650 m) bliżej Głojsc i dotarły do Myscowej. Na prawym skrzydle w wyłom weszły też oddziały 70 dywizji gen. I. Gusiewa, które zajęły Myscową a lewoskrzydłowy 203 pułk posunął się w kierunku góry Dania (696 m) nad Hyrową (odcinek pod Łysą Górą przejęły oddziały 25 Korpusu Pancernego). Niemcy zdając sobie sprawę z zagrożenia zareagowali błyskawicznie i do zablokowania oddziałów gen. Baranowa skierowali ze Słowacji m.in. grupę gen. J. Rintelena, złożoną z jednostek 357 dywizji oraz przystąpili do ataków w rejonie Łysej Góry i Iwli z udziałem 1 dywizji atakującej od strony Dukli i 8 dywizji pancernej atakującej od strony Nowego Żmigrodu, z którymi walczyli kawalerzyści z 2 dywizji kawalerii wspierani przez czołgi i działa samobieżne SU-76 (10 września 38 Armia została wzmocniona m.in. 4 Korpusem Pancernym Gwardii – 59 czołgów T-34 i 9 dział samobieżnych SU-85). Ta walka toczyła się w rejonie, który później został nazwany „Doliną Śmierci”. W ciągu dnia odcinek, który Rosjanie musieli przebyć, aby przedostać się do lasów na odcinku Łazy – Polana znalazł się pod ostrzałem niemieckiej artylerii. Mimo tego, w nocy z 12 na 13 września wznowiono przerzut pozostałych oddziałów Korpusu gen. Baranowa: 1, 4 i 7 pułku, sztabu 1 Korpusu Kawalerii, dywizjony moździerzy i rusznic przeciwpancernych, część artylerii przeciwlotniczej i służby medyczne korpusu. Oddziały te przeszły do Myscowej, a około południa 13 września w rejon Krempnej. Zachodnie skrzydło korytarza ubezpieczał 5 pułk kawalerii, a wschodnie 295 pułk 183 dywizji oraz 70 dywizja, która całością sił wyszła na równoległą do Chyrowej linię wzgórz Borek – Dania – Kiczera, zagrażając lewej flance niemieckiej 75 dywizji (rejon ten Niemcy zabezpieczyli m.in. pułkiem szturmowym 1 armii pancernej). Kolejny przerzut nastąpił w nocy z 13 na 14 września: w las porastający górę Polana weszły ubezpieczające tyły szwadrony 21 i 27 pułku kawalerii, trzy pułki artylerii, reszta dywizjonu moździerzy oraz saperzy z 207 batalionu. W literaturze dominuje pogląd, że korpus gen. Baranowa zabrał ze sobą niewiele broni ciężkiej przez co jego działania ofensywne były ograniczone. Dowódca 38 armii, gen. Moskalenko np. pisał: [Korpus] wszedł w wyłom, mając przy sobie tylko część artylerii – 6 spośród 17 będących w jego dyspozycji 76 mm dział dywizyjnych, 14 z 26 dział pułkowych i 12 z 32 dział przeciwpancernych. 120 mm moździerzy zabrał tylko 2 z 27. Korpus działał bez 122 mm haubic. W istocie liczby podane przez Moskalenkę odnoszą się do sprzętu utraconego przez 1 Korpus Kawalerii w ciągu dwóch tygodni działań na tyłach wroga. Artylerię znajdującą się w dywizjach jazdy przerzucono niemal w całości, natomiast pod Głojscami pozostawiono sprzęt i pojazdy mechaniczne, które nie były w stanie sforsować górskich bezdroży a poza tym, wysyłanie ich bez możliwości zaopatrzenia w paliwo mijało się z celem. Dla pułków, które przedarły się za linię frontu, prawdziwym problemem – szczególnie dla artylerii – było odcięcie dostaw amunicji. To, co zabrano ze sobą, z trudem mogło wystarczyć na dwa-trzy dni niezbyt intensywnych działań. Szczególnie intensywnych działań bojowych jednak Korpus Kawalerii. nie prowadził o co zresztą miał do Baranowa ogromne pretensje dowodzący 1 Frontem Ukraińskim Iwan Koniew.
Niemcy, zdając sobie sprawę z zagrożenia, w rejon przełamania skierowali kolejne jednostki ściągane z innych rejonów frontu a Rosjanie próbowali rozszerzyć wyłom w kierunku Nowego Żmigrodu, gdzie koncentrowały się i przegrupowywały siły niemieckie. W rejonie Łysej Góry 12 września doszło do starcia jednostek radzieckiego 25 Korpusu Pancernego z oddziałami 1 dywizji pancernej, które zakończyły się remisem, bo ani Niemcy nie zajęli Łysej Góry ani Rosjanie nie zajęli Nowego Żmigrodu. Takim atakom, oczywiście, towarzyszył ostrzał artyleryjski: Niemcy strzelali w stronę Łysej Góry a Rosjanie w stronę N. Żmigrodu. Jeżeli ktoś kiedyś zastanawiał się nad tym, kto w 98% zniszczył N. Żmigród to już teraz pewnie się domyśla? Oczywiście, to raczej nie były żadne bitwy pancerne, bo teren nie pozwalał na rozwinięcie szyków bojowych i starcie czołg kontra czołg w boju zbliżeniowym. Tutaj, ze względu na teren, wyglądało to tak, że czołgi działały w małych grupach (7 – 12 wozów) i używane były jako wsparcie artyleryjskie atakujących piechurów. W ogóle, historycy zajmujący się bitwą o Przełęcz Dukielską twierdzą, że doszło tylko do kilku bezpośrednich pojedynków pojazdów pancernych i miało to raczej miejsce w rejonie Kapišowej na Słowacji, gdzie znajduje się słowacka „Dolina Śmierci”. 12 września toczyły się też walki o wzgórze 534, gdzie Niemcy przeprowadzili kontratak i zajęli Pałacówkę, ale kontratak oddziałów czechosłowackich wyparł ich z powrotem. Walki o wzgórze 534 z różnym natężeniem toczyły się dalej ale nie miały one większego znaczenia. Jak wynika z zapisów w „Dzienniku bojowym 1 Czechosłowackiego Korpusu Armijnego w ZSRR”, 16 września 1944 roku doszło do spotkania dowódców batalionów 1 brygady oraz dowódcy tejże brygady z gen. L. Svobodą, podczas którego dowodzący Korpusem został poinformowany o stanie jednostek: żołnierze są zmęczeni, źle przygotowani a ich morale z powodu strat jest na bardzo niskim poziomie. Gen. Svoboda poinformował, że działania Korpusu mają charakter pomocniczy i wydał rozkaz o przeprowadzeniu kolejnego ataku, który – oprócz 27 zabitych – niczego nie zmienił. Historycy, którzy piszą, że Svoboda nigdy nie odmówił przeprowadzenia ataku, który – oprócz strat – nie miał żadnego sensu militarnego chyba się jednak nie mylą?
13 września 1 pancerny batalion rozpoznawczy kapitana Helmuta Koehlera zajął Łysą Górę i wzgórze 526. Niemcy bronili się w okrążeniu dopóki nie przebił się do nich batalion ze 101 dywizji piechoty, bo niemieckie dowództwo przerzucało na zagrożony odcinek kolejne oddziały. Trwały też walki na odcinku zajmowanym przez Korpus Czechosłowacki, gdzie na zmianę wzgórze 534 było tracone i odzyskiwane. Warto jednak pamiętać, że walczyły tam jednostki szczebla kompanii, więc samo to świadczy o tym, że w tym momencie była to walka o punkt o miernym znaczeniu strategicznym. Można, oczywiście, pisać, że zdobycie wzgórza dawało wgląd na Duklę i pozwalało na ostrzał drogi N. Żmigród – Dukla, ale celem operacji dukielsko-preszowskiej nie było zdobycie Dukli jako takiej, a kontrolę nad drogą niczego w gruncie rzeczy nie dawała, bo Niemcy potrafili przerzucać grupy pancerne z Nowego Żmigrodu poprzez Ożenną i Bardejov pod Iwlę…
14 września przegrupowane niemieckie jednostki pancerne rozpoczęły silne kontrataki na odcinku Łysa Góra – Głojsce starając się zablokować lukę w obronie i odciąć jednostki Korpusu Kawalerii gen. Baranowa od głównych sił 38 Armii. 8 dywizja pancerna atakowała z rejonu Iwli w stronę Głojsc i po ciężkiej walce odepchnęła jednostki radzieckie, przedzierając się na południe i południowy-wschód od tej miejscowości. Po południu wybuchły ciężkie walki w okolicy Łysej Góry, gdzie oddziały 1 dywizji pancernej odepchnęły oddziały 25 Korpusu Pancernego. Oddział kpt. Koehlera nadal bronił wzgórza 526 za co kpt. Koehler otrzymał Krzyż Rycerski, a dowodzony przez niego oddział osobiste podziękowania od gen. Henriciego. Oddział kpt. Koehlera bronił wzgórze 526 do 20 września, gdy został zastąpiony przez pancerny batalion zwiadowczy z 24 dywizji pancernej. Zablokowanie przez Niemców drogi Sulistrowa – Iwla i zlikwidowanie wyłomu w linii obrony skutkowało nie tylko odcięciem Korpusu Baranowa, ale też okrążeniem oddziałów 70 dywizji, co wreszcie uświadomiło radzieckim sztabowcom, że należy szukać innych rozwiązań, które przezwyciężą impas w którym znalazła się Operacja Dukielsko-Preszowska, która już wtedy była porażką, by nie powiedzieć, klęską. Warto pewnie przypomnieć w tym miejscu, że 11 września – zgodnie z planem - radzieckie oddziały miały zająć Prešow a toczyły walki 90 km od tego miejsca…
Od 15 września ciężar walk został przeniesiony w okolicę Rymanowa na lewe skrzydło 38 Armii, gdzie radziecki 4 Korpus Pancerny Gwardii rozpoczął atak w stronę Dukli. Wprawdzie Rosjanie ponieśli w tych atakach ciężki straty, ale Niemcy zostali zmuszeni do wycofania się. Zacięte walki trwały nadal na zachód od Dukli w rejonie Iwla – Chyrowa, gdzie z okrążenia próbowały się wyrwać oddziały radzieckiej 70 dywizji. W okolicach wzgórza 534 nadal toczyły się walki: żołnierze Svobody atakowali, Niemcy kontratakowali. W „Dzienniku bojowym 1 Czechosłowackiego Korpusu Armijnego w ZSRR” z 15 września znalazł się zapis, że podczas walk 14 i 15 września, ogniem broni strzeleckiej, artylerii i moździerzy, Korpus zlikwidował 1571 żołnierzy i oficerów niemieckich… Cóż… Gdy nie ma sukcesów, zawsze można je sobie stworzyć. I ktoś się jeszcze dziwi, że można się spotkać z informacjami, że Niemcy podczas Operacji Dukielsko-Preszowskiej stracili 100 tys. ludzi?
16 września na prawym skrzydle 1 dywizji pancernej Rosjanom ponownie udało się otworzyć wyłom w niemieckiej obronie, Niemcy stracili Iwlę, a 70 dywizji udało się wyrwać z okrążenia.
17 września wyglądał podobnie: główny wysiłek atakujących przesunął się na lewe skrzydło, czyli w strefę, gdzie nacierał 4 Korpus Pancerny Gwardii. Ponoszący coraz większe straty Rosjanie zostali zmuszeni do przegrupowania i wzmocnienia swoich sił w tym rejonie. Niemieckie dowództwo również w tym czasie przegrupowywało swoje siły przygotowując atak na Iwlę.
18 września Niemcy przeprowadzili atak od strony Nowego Żmigrodu grupą bojową liczącą 15 czołgów w stronę Iwli na oddziały radzieckiego 101 Korpusu. Atak został odparty. Częściowo za to udał się atak nowoprzybyłej na ten odcinek frontu 24. Dywizji pancernej (8 Pz III, 33 Pz IV i 36 StuG i StuH), która zajęła stanowiska bojowe w rejonie Nowego Żmigrodu i Siedlisk Żmigrodzkich. Atakując w kierunku Draganowej (drogą NowyŻmigród - Siedliska Żmigrodzkie - Makowiska) odniosła częściowy sukces, ale już wieczorem otrzymała rozkaz przerwania natarcia i przygotowania natarcia w kierunku południowym. Walki toczyły się też o wzgórze 534 – Korpus Svobody za ten dzień odnotował 1 zabitego i 4 rannych…
19 września atakujące na lewym skrzydle 38A radzieckie jednostki pancerne przerwały niemiecką linię obrony i wdarły się w rejon Rudawki Rymanowskiej. W rejonie Iwli zmęczone i wyczerpane walką jednostki 1 dywizji pancernej na których spoczywał główny ciężar obrony były sukcesywnie zastępowane przez jednostki 24 dywizji. W tym dniu Korpus Czechosłowacki ostatecznie zajął wzgórze 534. Było to tym łatwiejsze, że w związku z przełamaniem na lewym skrzydle 38A Niemcy musieli opuścić dotychczas zajmowaną linię frontu i cofnąć się o 10-12 km, na nowe pozycje. Zdobywanie wzgórza 534 i wszelkie związane z tym mity, bardzo mocno przypominają znane z polskiej historii zdobywanie Monte Cassino, które przez żołnierzy II Korpusu zostało zdobyte zaraz po tym, jak oddziały francuskie przełamały niemiecką obrony i Niemcy zmuszeni zostali do wycofania się. Czy jednak ma to znaczenie w świetle tego, ile pięknych książek napisano o tej walce? Zresztą, jest taka piękna zasada, że im większy bezsens tym piękniejsza literatura…
Linia frontu na naszym terenie zatrzymała się i nie zmieniała się aż do rozpoczęcia ofensywy styczniowej w 1945 roku. Walki przeniosły się poza gminę Nowy Żmigród i trwały z różnym natężeniem dalej. Przedwojenną granicę polsko-czechosłowacką oddziały gen. Svobody przekroczyły 6 października, powstanie na Słowacji zakończyło się 28 października. Z powstaniem wiąże się jeszcze jedno bardzo ciekawe wydarzenie związane z 2 Czechosłowacką Samodzielną Brygadą Desantową… Jak pamiętamy w październiku 1943 roku na stronę radziecką pod Kachowką przeszło ponad dwa tysiące słowackich oficerów i żołnierzy. Na wniosek Beneša skierowany do Stalina, stworzono z nich Samodzielną Brygadę Desantową. Była to najlepiej wyszkolona jednostka 1 Czechosłowackiego Korpusu Armijnego, która – jak liczył - Słowacki Sztab Wojskowy kierowany przez Goliana, zostanie przerzucona drogą lotniczą na pomoc powstańcom. Rosjanie mieli jednak inne i wpierw wysłali tych żołnierzy do walki o tak istotne miejscowości jak Nowosielce, Pielnię czy Besko a po parunastu dniach, gdy straciła ponad 620 ludzi: zabitych, rannych i zaginionych, zapadła decyzja o jej przerzucie na Słowację. Pierwsze oddziały Brygady na lotnisku Tri Duby wylądowały dopiero 6 października. Początkowo żołnierze walczyli naprawdę dobrze, ale gdy lepiej zorientowali się w tym, co się dzieje na terenie zajętym przez powstańców, większość z nich po prostu rozeszła się do domów. Trudno się im dziwić, że się trochę pogubili, bo wpierw z faszystami atakowali komunistów, a potem z komunistami atakowali faszystów… Trudno zrozumieć w którym momencie byli bohaterami, a w którym zdrajcami…
Walki, z różnym natężeniem, toczyły się dalej a Rosjanie powoli „przegryzali” się przez Karpaty. 6 października żołnierze Korpusu Svobody przekroczyli granicę polsko-czechosłowacką. Powstanie na Słowacji upadło 28 października, bo niewielu chciało się jeszcze walczyć: ludność cywilna zachowywała obojętność, bo nie miała powodu wspierać tych, którzy chcieli ją pozbawić własnego państwa; ochotnicy, gdy zorientowali się, że walka wiąże się z ryzykiem dezerterowali na masową skalę. Niemcy, czyli oddziały SS, bo to była operacja SS, systematycznie zajmowali kolejne miejscowości, których nie miał kto bronić. To, że była to operacja prowadzona przede wszystkim przez jednostki SS podważa nieco opinię, że powstanie angażowało jednostki Wehrmachtu, dzięki czemu miało wpływ na przebieg działań na froncie wschodnim. Niestety, nie miało. Czasami pisze się o pomocy rosyjskiej przesyłanej drogą powietrzną zapominając jednocześnie o podaniu drobnego szczegółu, że była to pomoc kierowana nie do armii powstańczej tylko do oddziałów partyzanckich, które wykonywały rozkazy nie Goliana czy Viesta tylko rozkazy Strokacza. Jak to kiedyś ktoś napisał: tylko kłamstwo jest proste, prawda bywa bardziej skomplikowana.
Jedną z niemieckich jednostek, która walczyła na naszym terenie była 8 dywizja pancerna, które walki na tym odcinku frontu wschodniego zakończyła w październiku. W raporcie Oberkommando der Wehrmacht z 19 października napisano m.in., że 8 dywizja pancerna i jednostki artylerii 24 Korpusu Pancernego udowodniły swoją klasę bojową, co jednak odbyło się kosztem wielkich strat. Podczas walk na odcinku dukielskim zginęło 4 oficerów i 212 żołnierzy, 22 oficerów i 808 żołnierzy zostało rannych, a 85 żołnierzy zaginęło. Trochę to jednak podważa informacje, że w czasie Operacji Dukielsko-Preszowskiej Niemcy stracili 60 czy 100 tys. żołnierzy, a sam Korpus Svobody w jeden dzień zlikwidował ponad półtora tysiąca żołnierzy niemieckich… Historycy – moja prywatna opinia! – nie analizują danych, tylko przepisują raporty bojowe jednostek nie zastanawiając się nad ich wiarygodnością. Jeżeli w raporcie znajdzie się zapis, że w bitwie o Przełęcz Dukielską słowacki czołgista widział Tygrysy i Ferdynandy, to historyk to przepisze nie weryfikując tej informacji…
Do tej pory nie została ustalona liczba strat walczących stron. Kiedyś, ze względów propagandowych, mówiono nawet o 80 tys. zabitych żołnierzach Armii Czerwonej i 90 tys. żołnierzach niemieckich. Teraz te dane są nieco inne. 38 Armia, która prowadziła walki w ramach Operacji Dukielsko-Preszowskiej, wg. danych z Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony Narodowej Federacji Rosyjskiej, straciła 12 779 zabitych oraz 48 428 rannych i zaginionych (dane nie obejmują strat 4 Korpusu Pancernego i 31 Korpusu Pancernego)… Straty niemieckie są szacowane na 20-70 tys. zabitych, rannych i zaginionych. Spora rozbieżność i aż dziw bierze, że do tej pory nie udało się ustalić bardziej przybliżonej liczby. Być może wynika to z tego, że Operacja Dukielsko-Preszowska jest jakby tematem tabu, bo trzeba byłoby jednak przyznać, że niezwyciężona Armia Czerwona dostała w Karpatach od Niemców łomot a walki o wzgórze 534 to wykreowany propagandowy mit? A jak wiadomo, walka z mitami bywa trudna…
I jeszcze jedno: w Siedliskach Żmigrodzkich, jeszcze kilkanaście lat temu pod studnią w centrum wsi, leżała klapa włazu niemieckiego transportera opancerzonego. Teraz już wiemy, że pochodził z 24 dywizji pancernej…
Walki przeniosły się poza naszą gminę, pozostały ślady okopów czy czasami wykopywane szczątki poległych żołnierzy niemieckich…
Opinia z Internetu: Słowackie powstanie było konieczne po to, żeby na osiem miesięcy przed zakończeniem wojny Słowacja mogła w glorii chwały przeskoczyć z obozu sojuszników III Rzeszy do obozu zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Te kilkanaście tysięcy ofiar nie stanowiło wysokiej ceny jaką za to zapłaciła. Aż korci zapytać, czy na grobach ofiar zostało zamieszczone takie epitafium…
